Żyj wabi sabi recenzja

Żyj wabi-sabi. Japońska sztuka odnajdywania piękna w niedoskonałości, Julie Pointer Adams

Kiedy na rynku wydawniczym ukazują się książki tego typu, zawsze mam coś w rodzaju czytelniczego deja-vu. Zmienia się jedynie tytuł, nazwa podstawowego pojęcia, a treść i przesłanie okazują się dziwnie znajome. Tak było z książkami o hygge, hygge po polsku, niedawno z lagom, a teraz z wabi-sabi wywodzącym się tym razem z odległej Japonii.
Chociaż w takich książkach rzadko odnajduję coś naprawdę odkrywczego, to mimo wszystko bardzo lubię po nie sięgać i nie zamierzam z nich rezygnować. Z prostego powodu – to wspaniała kopalnia inspiracji jak żyć przyjemniej, spokojniej, piękniej i z każdej chwili czerpać maksimum radości i szczęścia.

Z „Żyj wabi-sabi. Japońską sztuką odnajdywania piękna w niedoskonałości” Julie Pointer Adams jest bardzo podobnie. Ta książka jest przede wszystkim ładna. Wbrew pozorom sporo w niej treści, przejrzyście podanej, przeplatanej zdjęciami, które wyglądają jak wyjęte z najbardziej dopieszczonych kont na Instagramie. Na szacie graficznej zalety tej książki się jednak nie kończą. Jeszcze do niedawna Japonia kojarzyła mi się głównie z ekscentryczną modą, kosmicznymi samochodami i pracoholikami. Wabi-sabi jest jak bardzo atrakcyjna alternatywa dla tego wszystkiego. Liczy się w nim wszystko, co pozwala cieszyć się chwilą, pielęgnować relacje z innymi, a przede wszystkim chcieć mniej. Życie w duchu wabi-sabi nie polega na gromadzeniu nowych przedmiotów, nie chodzi w nim też o ograniczanie się w imię minimalizmu. Tu liczy się raczej złoty środek i szukanie piękna i duszy w przedmiotach. W stylu wabi-sabi są więc znoszone skórzane buty, ciepły wełniany sweter, stary drewniany stół, którego rysy i zadrapania wiążą się z jakąś historią. Autorka przekonuje, że w codziennych wyborach warto trzymać się zasady, żeby dążenie do pełnego komfortu łączyć z estetyką, żeby wokół siebie stworzyć przyjemną dla oka przestrzeń, w której można po prostu wygodnie żyć i zaprosić do niej innych.

Ci inni to również słowo klucz w wabi-sabi. Bo czym byłoby piękne życie bez przyjaciół, kochanych, bliskich osób, z którymi można dzielić się codziennymi radościami, małymi szczęściami, przyjemnie spędzać czas w zaciszu i odpoczywać, ale tak prawdziwie.
Julie Pointer Adams wylicza chyba wszystkie możliwe spontaniczne formy spędzania czasu z innymi. Wspólne spotkania nie muszą odbywać się zawsze w domu. Autorka zachęca, żeby przy sprzyjającej pogodzie przenieść się do ogrodu, iść do lasu, zorganizować spontaniczny spacer w grupie albo piknik w kameralnym gronie.

W „Żyj wabi-sabi” nie brakuje też kulinarnych rad dla smakoszy. Chociaż pomysły na przekąski są bardzo proste, to na pewno nie mają pospolitego smaku. Wręcz przeciwnie – to znakomita baza, żeby nauczyć się delektowania każdym kęsem, odkrywania na nowo smaków popularnych produktów w bardzo nietypowych zestawieniach. Rzadko mi się to zdarza, ale już w trakcie czytania miałam ochotę przetestować dosłownie każdą z kulinarnych propozycji autorki.

Chociaż wabi-sabi wywodzi się z Japonii, przykłady miejsc z książki nie zamykają się tylko w obrębie granic Kraju Kwitnącej Wiśni. Magię życia w stylu wabi-sabi autorka dostrzega w wielu miejscach i zaprasza do nich swoich czytelników. Razem z nią zaglądamy więc do domów w Japonii, Kalifornii, Francji, Włoszech i oczywiście w Danii. I jak zawsze w tego typu książkach, każda z tych wypraw jest sympatyczna i bardzo inspirująca, chociaż tym, co je łączy jest zawsze prostota.

Cóż, nie pozostaje mi nic jak polecić „Żyj wabi-sabi”. Najlepiej w połączeniu z gorącą herbatą i kawałkiem pysznego ciasta z kruszonką, kiedy gdzieś w tle krople deszczu rytmicznie uderzają w szybę albo płatki śniegu bezgłośnie opadają na ziemię…