życie na miarę recenzja

Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo, Marek Rabij

Bangladesz. Kraj może i nie na drugim końcu świata, ale na pewno daleko. Bardzo daleko.
Za górami i lasami. I z pewnością nie w bajce…

Zazwyczaj spoglądam na metki moich ubrań. Głównie na skład materiałowy. Lubię polskie marki. Czasami kupuję coś w sieciówce. Ale po przeczytaniu „Życia na miarę” coś mnie tknęło, żeby jeszcze raz sprawdzić, co mam w szafie.

I tu zaskoczenie. T-shirt – made in Bangladesz. Drugi T-shirt – Bangladesz. Spodnie – to samo. I jak jeszcze do niedawna spokojnie myślałam, że nie dokładam ręki do globalnego wyzysku krajów trzeciego świata, tak tym razem zrobiło mi się głupio. I jednocześnie przykro. Bo wygląda na to, że w tym jednym przypadku sytuacja jest beznadziejna.

Marek Rabij fabrykami odzieży bliżej zainteresował się, kiedy świat obiegła wiadomość o tragedii w bangladeskich zakładach. Biurowiec przekształcony w fabryki odzieży runął i pogrzebał setki osób. Jak szybko się okazało, fabryki nie powinny w nim istnieć. Tymczasem nie dość, że przymknięto oko na przepisy budowlane, to na własną rękę dobudowano do budynku jeszcze jedną kondygnację. W imię wydajności. Rabij dotarł do ofiar, które przeżyły i wciąż jeszcze z drżeniem w głosie opowiadały jak budynek zdawał się żyć, oddychać i poruszać. Aż wreszcie, w totalnej ciszy rozsypał się na kawałki.

Zdziwienie. Wstrząs. Zaskoczenie. Że coś takiego wciąż ma jeszcze miejsce w naszym nowym, wspaniałym świecie. Ale to tylko jedna z wielu takich historii. Bangladeskie zakłady i te duże i te małe są trochę jak tykająca bomba. Realnym zagrożeniem są pożary, wyzysk, brak dbałości o przepisy BHP. Wreszcie coraz bardziej widoczna jest przepaść między biednymi i bogatymi. Na atrakcyjności Bangladeszu ktoś zyskał. Szkoda tylko że kosztem tysięcy zatrudnionych w zakładach odzieżowych osób. Bo liche pensje, a raczej jałmużna, jak bez ogródek nazywa ją Rabij, nadgodziny za darmo i praca dzień w dzień o misce podłej jakości ryżu nie są w Bangladeszu kiepskim żartem, ale faktem.

„Życie na miarę” to wstrząsający reportaż. Ale jednocześnie świetny. Rabij pokazuje jak jest, oddaje głos najbardziej poszkodowanym, a jednocześnie przekonuje, że znaczek Fair Trade nie załatwi problemu. Bo przeciętnego Kowalskiego od bangladeskiej szwaczki dzielą nie tylko tysiące kilometrów. To również dwa, bardzo odległe od siebie ogniwa łańcucha wielkiego, odzieżowego imperium. Przysłowiowa złotówka więcej za jakość i uczciwość zaś prawie nigdy nie wpada do kieszeni najbardziej poszkodowanych…

Czytając „Życie na miarę”, przypomniały mi się inne reportaże. O Dubaju, poszukiwaczach diamentów. Tak samo jak w nich najbardziej wstrząsający jest kontrast. Luksus od biedy oddziela właściwie cienka linia, której jednak w żaden sposób nie można przeskoczyć, będąc po tej ciemniejszej stronie. W każdym z nich pada podobne stwierdzenie. Nie byłoby wyzysku, gdyby ktoś nie chciał też tylko jednego więcej pierścionka z małym kamyczkiem albo koszulki z logo we wszystkich możliwych kolorach.

Ale to nie do końca tak, bo jak nie kupisz, to ktoś przez to straci pracę.

W „Życiu na miarę” najbardziej uderzyły mnie nie wyzysk, prawa rynku i brutalny kapitalizm. Najbardziej szokujące są spokój, bierność, zgoda na zastaną rzeczywistość podszyte strachem i brakiem pomysłu na lepsze życie. Niezłomna wiara, że tylko tak można i trzeba żyć.

Mogłabym napisać, że szkoda mi tych ludzi. Że im współczuję. I poczuć się lepszym człowiekiem. Ale „Życie na miarę” obudziło we mnie złość. Bo to właśnie jeden z tych przypadków, kiedy mogę tylko bezradnie patrzeć, jak kolejny duży problem zgrabnie zamiatany jest pod puszysty dywan zwany empatią.