Soczi

Zimowe igrzyska w Soczi

Mają zwolenników i przeciwników. W przewadze są chyba nawet ci drudzy. Bo Rosja, bo komercja, bo ginie duch sportu.

Olimpijska rewolucja

Coś w tym jest, bo mimo że w gruncie rzeczy nie mam nic przeciw Rosji, to już nie do końca podoba mi się to, że nagle cały świat spoglądać ma na Soczi, chociaż sportem tak naprawdę interesuje się tylko mały odsetek społeczeństwa. W dodatku igrzyska pewnie już za kilka dni zdominują całkowicie media i do reszty wywrócą do góry nogami telewizyjną ramówkę, a sama impreza stanie się wielkim komercyjnym show.

Igrzyska olimpijskie dawniej i dziś

Dawno dawno temu igrzyska trwały 5 dni, a wszyscy zainteresowani – sportowcy i widzowie – stawiali się w miejscu, gdzie zawody były organizowane. Zwycięzca był jeden, a rywalizacja odbywała się tylko w kilku dyscyplinach. Obecnie z igrzysk na igrzyska to się zmienia, a w samym Soczi sportowcy staną do zawodów aż w 98 kategoriach, z czego 12 zostanie rozegranych po raz pierwszy. Łatwo wyliczyć, że do rozdania będzie prawie 300 medali, a większość zwycięskich nazwisk pójdzie w niepamięć jeszcze pod koniec lutego i ślad pozostanie po nich jedynie w tabelach i statystykach.

Krew, pot, łzy i kalkulator

Dziwnym trafem jak podczas tych starożytnych igrzysk sportowiec sam przygotowywał się do zawodów, tak dziś wybrańców, którzy na igrzyska pojadą, przygotowuje sztab ludzi i to za niemałe pieniądze. Najczęściej tych drugich rozlicza się za przegraną, a ich nazwiska giną gdzieś w zgiełku wiwatów, jeśli jednak ich podopieczni znajdą się na podium. Główni zainteresowani rywalizacją, choćby wkładali w przygotowania litry potu, to jednak też coraz częściej muszą się pogodzić z tym, że nie wszystko zależy od nich ani nawet od warunków pogodowych. Dostarczającą gorących emocji rywalizację coraz częściej zastępuje chłodna kalkulacja, a utalentowani ludzie, bo to najczęściej tacy mogą liczyć na wyjazd na olimpiadę, muszą godzić się z przelicznikami, że zabrakło pięciu centymetrów, ułamka sekundy, dziesiątej części punktu czy wiatru pod narty. Bo właśnie tak niewiele najczęściej decyduje o tym, czy wielomiesięczne przygotowania pójdą na marne czy zostaną wynagrodzone chwilą chwały i ewentualną emeryturą od państwa.

Talent to dopiero początek

Dokładne wyliczenia mają niby wyrównywać szanse, ale paradoksalnie wcale się tak nie dzieje. Przeliczniki przelicznikami, ale coraz bardziej ważne stają się też sprzęt, miejsce urodzenia, pieniądze, które włoży się w treningi, układy i łut szczęścia, bo nie ma gwarancji, że to ci najlepsi na olimpiadę faktycznie pojadą. Chociaż zdarzają się wielkie gwiazdy, które właśnie rodzą się i błyszczą na olimpiadach, to jednak wiele z tych talentów nigdy też nie zostanie odkrytych, a ich marzenia – spełnione. W Soczi również tych prawdziwych zwycięzców będzie mniej niż stu, a z krążkami do domu wróci około 300 sportowców (+/- za zawody drużynowe). Reszta odjedzie z kwitkiem i ewentualnymi marzeniami na kolejne igrzyska. Co nie zmienia jednak faktu, że sam udział w igrzyskach, czy to jako widz czy sportowiec, to już wielka i niestety kosztowna przygoda.

Refleksja przed Soczi

Matematyczne wyliczenia, przeliczanie zysków, rozliczanie sportowców i trenerów oraz lamenty wokół budowania olimpijskiej wioski niestety pewnie w jakimś stopniu położą się cieniem na całej imprezie. A chociaż pewnie w ciągu tych kilkunastu dni emocji nie zabraknie (sama na pewno będę zerkać to na łyżwiarzy, to na skoczków), to po dwóch tygodniach ten czar spełniających się marzeń i dobrych życzeń dla faworytów pryśnie, trochę trenerskich głów spadnie, zmienią się osoby na stanowiskach, a olimpijski duch zaśnie na najbliższe dwa lata, wcale nie rozbudzając masowej sportowej pasji w narodach. Same igrzyska zaś, wokół których tyle jest teraz szumu, i które tak rozpalają dziennikarzy i miłośników sportu, będą jednak historią, która nawet jeśli okaże się przełomem, to tylko dla nielicznych.

photo credit: artisrams via photopin cc