Zaginiona dziewczyna recenzja

Zaginiona dziewczyna, recenzja

Kilka dni temu trafiłam na angielską sentencję, która w wolnym tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak: „Zakochać się, to dać tej drugiej osobie rewolwer wymierzony w nasze serce, z nadzieją, że nigdy nie pociągnie za spust”.
Mocne? Banalne? Prawdziwe? Nie wiadomo. Ale na pewno dobrze wypada w wersji filmowej. Zwłaszcza jeśli i spust i rewolwer kuszą obie strony.

Pod koniec zeszłego roku mocno zaszokował mnie fakt, że „Dziewczyna z pociągu” stała się książkowym hitem. Do dziś nie mogę uwierzyć, że w księgarniach nadal stoi mocno, a film na jej podstawie, w myśl zasady, że ekranizacje nie dorównują swoim pierwowzorom, też nie trzyma się najgorzej.

Może dlatego, że nie rozumiem fenomenu toksycznych związków, destrukcyjnych relacji, układów i układzików, które każą się zamykać jednostkom w olbrzymich rozmiarów świecie własnego ego i lęków. A może po prostu szczęśliwie udało się mi to wszystko ominąć bez bolesnego uczenia się na błędach?

Jak jednak nie lubię książek i filmów z tego gatunku, to mimo wszystko wierzę, że można napisać i nakręcić je naprawdę dobrze. Tak żeby poczuć do bohaterów mocną niechęć, ale jednocześnie być ciekawym, jak potoczy się ich los. I chyba właśnie taki film znalazłam. To „Zaginiona dziewczyna” Davida Finchera. Thriller z Rosamund Pike i Benem Affleckiem.

Krótko, żeby nie spojlerować, o fabule. Dwójka ludzi. Młodych, pięknych, zdolnych. Gorące romans. Wielka miłość. Małżeństwo. 5 lat. Równia pochyła na samo dno. Przy czym to ta równia jest najbardziej zaskakująca, najciekawsza i mocno aż do bólu pokazuje, jak kłamliwe bywają pozory. Piękne widokówki szczęścia. Miłości. Wspólnych marzeń o rodzinie. Przerażające tym bardziej, że tak łatwo dajemy się im uwodzić, chcemy w nie wierzyć i nie potrafimy się wyrwać z zaklętej spirali destrukcji.

Dobry psycholog mógłby napisać rozprawę doktorską o motywacjach bohaterów. Ambitnych, z wielkimi możliwościami, ale wpadających w piekło lęków i niepewności. Bohaterowie najpierw rozpaczliwie mierzą się ze sobą i swoimi ideałami, a potem coś w nich pęka. Te ideały pozostają. Ale tak przejaskrawione, że pozory nadal uwodzą swoim blaskiem, ale zachowane są dzięki starej zasadzie, że cel uświęca środki. Nadal mamy piękny obrazek zakochanej w sobie pary. Atrakcyjnych, uśmiechniętych tekturowych pudełek, które kryją w sobie coraz więcej żalu, rozczarowań, niespełnienia i rozpaczy. Pudełek, które gdzieś tak głęboko wiedzą, że każdy kolejny dzień to tylko próba sił i walka o przetrwanie.

„Zaginiona dziewczyna” powstała na podstawie powieści o tym samym tytule. Spotkałam się nawet ze stwierdzeniem, że jej autorka na czynniki pierwsze rozebrała typowe małżeństwo, które z upływem czasu ze szczęśliwej pary zaczyna przemieniać się w dwójkę drapieżników, które nieustannie główkują, jak poderżnąć sobie gardło, ale są ze sobą, bo jeszcze im się to opłaca.

Aż ciarki przechodzą po plecach, kiedy się o tym wszystkim pomyśli, ale film to świetna rozrywka. Tak przejaskrawiony i straszny, że niemal zabawny. Zdumiewający i zaskakujący. Bo w tym filmie dosłownie wszyscy. I bohaterowie i śledzące w filmie ich los tłumy jak marionetki dają się wodzić za nos, nabierać na piękne obrazki, bajkowe slogany o rodzinie i ostatecznie pokazują, jak bezsilny jest rozum, kiedy przychodzi mu walczyć ze światem emocji.

„Zaginiona dziewczyna” nie jest na pewno filmem o miłości. Ale o toksycznym związku na pewno. A jeszcze bardziej o mistrzowskiej manipulacji. Grze na emocjach, nadziejach i marzeniach, w której nigdy nie ma prawdziwych wygranych.