Z prądem czy pod prąd?

Z prądem czy pod prąd?

Sztuka pływania na falach życia jest bardziej skomplikowana niż nam się wydaje.
Płyniemy, dryfujemy, nurkujemy, szukamy skarbów i zatopionych okrętów.

Czasami wbrew sobie nieoczekiwanie idziemy na dno. Znikamy pod powierzchnią na kilka sekund, minutę, dłużej, by za jakiś czas z walącym rozpaczliwie sercem wynurzyć się z głębiny. Znowu szukać tego właściwego kierunku. A przede wszystkim płynąć.

Niektórzy mawiają, że z największą przyjemnością pływa im się pod prąd. Z dumą mówią, że żyją inaczej. Są bardziej kreatywni, pomysłowi, oryginalni. A ich życie pełniejsze, bardziej kolorowe i sprawiające znacznie więcej przyjemności.
Ale czy to płynięcie pod prąd jest rzeczywiście takie dobre? Przyjemne? Naturalne?

Jeśli głębiej się zastanowić, to technik pływackich w rzece życia jest co najmniej kilka.
Można płynąć z prądem.
Można próbować płynąć pod prąd.
Można dryfować, poddawać się nurtowi albo stać w miejscu.

Która jest najlepsza? Która najciekawsza? Która męczy, ale umiarkowanie?

Nie warto płynąć pod prąd…

Na pierwszy rzut oka najciekawsze jest płynięcie pod prąd, ale… No właśnie, prędzej czy później pojawiają się pytania i wątpliwości.

Życie pod prąd jest trochę jak walka z wiatrakami. Oddala od celu. Zabiera energię. Skazuje na niepowodzenia. Jest samotne. Bardzo samotne. Im większy dystans się pokona, tym mniej zostaje sił, by walczyć z nurtem, odpychać fale, utrzymywać się na powierzchni. Gdzie w tym szczęście? Gdzie w tym satysfakcja i zadowolenie?
Im częściej się nad tym zastanawiam, tym częściej dochodzę do wniosku, że płynięcie pod prąd to najgorsza z opcji, jakie możemy wybrać.

Po co nam buntowanie się, które tylko oddala od celu? Po co negatywne emocje i porównywanie się, które zamiast napędzać, tylko zabierają energię? Po co odwracanie wzroku na innych, skoro mamy własny cel i port do zdobycia?

Po co płynąć do niego samotnie, jeśli szybciej i bezpieczniej można dopłynąć na większym okręcie, z niezawodną załogą i lepszą mapą?
Tylko wtedy można nauczyć się najlepiej wykorzystywać pomyślne wiatry, rozpoznawać burzowe chmury, być gotowym na sztorm, który zawsze nadchodzi, ale i odchodzi.

Z nurtem – miło, lekko, ale czy przyjemnie?

Niewątpliwe najwygodniejsze jest dryfowanie. Można dać się ponieść nurtowi. Przyjmować to, co się napotka. Godzić się z losem. Cierpliwie czekać, kiedy nic się nie będzie działo. Ale i bezradnie patrzeć, kiedy rzeka wydziera nam wszystko to, z czym do tej pory żyliśmy.
Woda niesie z sobą życie. Ale jest też nieobliczalnym żywiołem. Żeby żyć, trzeba nauczyć się go poskramiać, radzić sobie z nim, w porę reagować, by przeżyć.

Ten nieodgadniony żywioł to okoliczności, w jakich przyszło nam żyć. Czasami dobre, a czasami złe. Czasami dające mnóstwo możliwości, a czasami zagradzające nam drogę do szczęścia. Zdarza się Wam szukać wymówek? Przyczyn niepowodzeń szukać w okolicznościach zamiast w sobie? Czy przypadkiem nie dryfujecie?

Bo w życiu chodzi o to, żeby płynąć

I wreszcie zostaje to, co najlepsze. Płynięcie. Razem z nurtem. Szukanie sprzyjających miejsc. Dobrych okazji. Życzliwych ludzi. Uparte dążenie do celu. Trzymanie się kursu. Walka, żeby z niego nie zboczyć. I satysfakcja, kiedy gdzieś daleko na horyzoncie zaczyna się dostrzegać stały ląd.
Płynięcie z nurtem to sztuka. Wielkie wyzwanie. Talent. To nieustanna walka o siebie, która jednak przynosi najwięcej satysfakcji. Wymaga odwagi, ale i hartuje. Czyni silnym, wytrwałym, mądrym i dojrzałym.

W życiu nie port jest najważniejszy. Chodzi o to, by płynąć. Mierząc siły na zamiary. Niestrudzenie. Uważnie. W starannie wytyczonym kierunku.