Motywy Literackie Podcast o książkach Wilk

Wilk (Motywy Literackie – Podcast o książkach)

Ponieważ bardzo polubiłam system pracy z cyklem, a wiosna to czas idealny na wprowadzanie nowości i pozytywnych zmian, uznałam, że nadeszła pora, żeby rozpocząć na blogu zupełnie nowy cykl. Nazwałam go motywy literackie i tym razem zamiast klasycznych wpisów będą to podcasty, w których za każdym razem będę przedstawiała zestawienie książek, które łączy ze sobą jeden konkretny motyw.

Dlaczego motyw?

Motyw to mój sposób na radzenie sobie w coraz bardziej chaotycznym świecie książek. Ciekawych tytułów przybywa, a wartościowych książek jest już tak dużo, że prawdopodobnie nie wystarczy nam życia, żeby je wszystkie poznać.
Kto zresztą powiedział, że arcydzieło musi się podobać. Wcale nie musi. Uważam, że pod tym względem szkoła robiła i robi nam ogromną krzywdę i w dużej mierze zniechęca do czytania. Czytanie powinno sprawiać przyjemność, a książki wzbudzać nasze zainteresowanie. I właśnie w tym miejscu przydają się motywy.
W książkach zawsze szukam tego, co aktualnie mnie interesuje, a motyw to doskonały punkt wyjścia. Dzięki temu prawie zawsze trafiam na „swoje” książki i zupełnie przy okazji zyskuję znacznie więcej. Motywy pozwalają swobodnie skakać z gatunku do gatunku, sięgać tak samo po nowości i klasykę, dzięki czemu na konkretny temat mogę spojrzeć z różnych punktów widzenia, znacznie więcej wyczytać między wierszami, a same książki zapamiętać znacznie lepiej niż gdybym czytała je w oderwaniu od pozostałych.

Dlaczego zaczynam od wilka?

Poszukiwanie książek z konkretnym motywem przypomina mi trochę tropienie śladów, a skoro o tropieniu mowa, to idealnym tematem na początek jest wilk.
Wilk, który kojarzy się stereotypowo. Gdy myślimy wilk, najczęściej widzimy krwiożerczą i niebezpieczną bestię, którą koniecznie trzeba zabić, bo albo zje niewinnego czerwonego kapturka, albo porwie owcę, albo, co gorsza, sprzątnie sprzed nosa cel miłośnikowi polowań. Ale czy faktycznie z wilkami tak jest? I co my właściwie o nich wiemy, w czym się mylimy, a czego nie wiemy?

„Biegnąca z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes

Moja fascynacja wilkami zaczęła się od książki Clarissy Pinkoli Estes „Biegnąca z wilkami”. Chociaż tytuł sugeruje co innego, jest to książka przede wszystkim o kobietach i tym jakie powinny, a raczej mogą dla własnego dobra się stać. Pinkola Estes przekonuje, że mądra, silna, dojrzała kobieta jest jak rasowa wilczyca. Jak ona jest silna, dzika, niebezpieczna i odważna, potrafi być oddaną i wierną partnerką, troskliwą matką, a we wszystkim, co robi, zawsze kieruje się niezawodną intuicją i głosem serca.

Clarissa Pinkola Estes swoją wizję kobiecości ubiera w równie piękną formę. „Biegnąca z wilkami” To zbiór baśni, mniej i bardziej znanych, z różnych kręgów kulturowych. Ich bohaterkami są oczywiście głównie kobiety. Niektóre z nich na starcie to naiwne dziewczątka, które jednak zawsze przechodzą spektakularną metamorfozę. Niektóre polegają na intuicji, inne idą za głosem serca, jeszcze inne wiele razy się potykają. Wszystkie jednak prędzej czy później znajdują drogę do spełnionego, szczęśliwego życia.

Niewątpliwie największą wartością „Biegnącej z wilkami” są komentarze autorki. Widać i czuć, że Estes pisała tę książkę 20 lat. Aż dziw bierze, że z prostych baśni wyczytać można tak wiele, a każde opisane w nich zdarzenie, a nawet słowo nie jest przypadkowe i zawsze ma ukryte znaczenie.
„Biegnąca z wilkami” nie jest poradnikiem, nie jest zbiorem baśni, nie jest traktatem filozoficznym, wymyka się wszelkim schematom. Przede wszystkim jednak koi i krzepi, pomaga odkryć w sobie wewnętrzną moc. Jest jak klucz do serca kobiety. Książka nie tylko dla kobiet, ale również i mężczyzn, którzy chcieliby je lepiej zrozumieć.

„Tańczący z wilkami” Michaela Blake’a

Skoro już o mężczyznach mowa, jeśli dzika kobieta potrafi z wilkami biegać, to mężczyźni powinni umieć z nimi tańczyć. Na pewno jeden to potrafił, o czym pięknie pisał Michael Blake w „Tańczącym z wilkami”.
Jest to epicka opowieść o świecie, którego już nie ma, Dzikim Zachodzie, o którym tak pięknie pisał m.in. Karol May.
Głównym bohaterem u Blake’a jest John Dunbar, szlachetny żołnierz, który zostaje wysłany na amerykańską placówkę wojskową na dzikim pograniczu. Szybko okazuje się, że placówka jest opuszczona, a Dunbar zdany jest sam na siebie. Początkowo jedynym jego towarzyszem jest dzielny, bułany konik Cisco. Szybko jednak nawiązuje nieprawdopodobną przyjaźń z półoswojonym wilkiem, którego zaczyna nazywać Dwie Skarpety, niedługo potem w jego życiu pojawiają się Indianie, a Dunbar w ich wiosce znajduje nie tylko przyjaciół i nowy dom, ale również i miłość.
„Tańczący z wilkami” to idealny przykład tego, jaka powinna być idealna ekranizacja książki.

Lubię porównywać książki z nakręconymi na ich podstawie filmami.
Zazwyczaj najpierw sięgam po książkę i niestety zwykle też w dziewięciu przypadkach na dziesięć to książka jest bezkonkurencyjna w tej rywalizacji.
W przypadku „Tańczącego z wilkami” było trochę inaczej. Film znam od dawna, w dodatku to jeden z moich ulubionych i widziałam go już kilka razy. Po książkę sięgnęłam dopiero niedawno z nastawieniem, że skoro film jest tak dobry, to książka powinna być prawdziwą torpedą. Niestety trochę się zawiodłam, ale nie dlatego, że książka jest słaba. To po prostu film jest tak dobry. Twórcy nie pominęli żadnych wątków, wykorzystali chyba każdy dialog, a opisy genialnie zastąpiły sceneria, scenografia, kostiumy i gra aktorska.

Znajomość filmu niestety trochę odebrała mi przyjemność z czytania. Bo chociaż powieść jest napisana lekko, ciepło, żywo i miejscami z wyjątkowym poczuciem humoru, to jednak zapał do czytania trochę opada, jeśli wiadomo, co się zaraz wydarzy. W pewnym momencie zaczęłam mieć nadzieję, że może jednak zakończenie będzie inne, bo czasami przy ekranizacjach tak bywa, czego idealnym przykładem jest np. „Księga Diny”. Niestety jednak nie tym razem.
O ile jednak w „Tańczącym z wilkami” zabrakło mi niespodzianki, z pewnością nie będzie tak kiedy sięgnę w końcu po kontynuację tej powieści. Powieść „Święty szlak” jest znacznie mniej znana, ale ma równie dobre opinie, co „Tańczący z wilkami”.

„Tańczący z wilkami” to już prawie klasyk, bo liczy sobie ponad 4 dekady. Mimo to, nie traci na świeżości, a czytanie tej powieści wciąż cieszy.

„Wilk stepowy” Hermanna Hesse

W tym zestawieniu nie mogło jednak zabraknąć jeszcze większego klasyka, który od dawna umieszczany jest w ścisłym kanonie arcydzieł XX wieku. To „Wilk stepowy” nagrodzonego Noblem Hermana Hesse.

Ta niewielka powieść powstała w 1927 roku i opowiada o mężczyźnie w średnim wieku, samotniku i buntowniku Harrym Hellerze, który nie może znaleźć sobie miejsca w pustym, dusznym, mieszczańskim świecie. Bohater Hesse’go sam siebie nazywa wilkiem stepowym. Tytuł tej książki w tym wypadku to również metafora – samotności, dzikości, niemożności odnalezienia się we współczesnym świecie. Metafora stereotypowa, bo z rasowym wilkiem ma niewiele wspólnego. Powieściowy Harry Heller nie zakłada rodziny, z pogardą patrzy na lekkie przyjemności, zachwycić potrafi się jedynie kulturą wysoką. Jednocześnie zazdrości tym, którzy z banalnej codzienności potrafią czerpać radość, chce i nie chce do ich świata należeć. Tę wewnętrzną walkę przerywają zdarzenia, które już na zawsze mają zmienić wilka stepowego i jego spojrzenie na życie. Na drodze Harry’ego staje Hermina, dziewczyna sporo młodsza, podobna do niego, ale jednak zupełnie inna. Z jednej strony potrafi ona wyciągnąć z tego łatwego, nieskomplikowanego świata to, co najlepsze, z drugiej jednak ma w sobie dość duże pokłady wewnętrznego smutku. To właśnie Hermina pokazuje Harry’emu ten współczesny, mieszczański świat lub raczej zmusza go do poznania tego, czym dotychczas gardził.

„Wilk stepowy” na pewno nie jest książką łatwą. A fakt, że zalicza się go do arcydzieł, dodatkowo wzmacnia ten efekt. „Wilka stepowego” nie da się po prostu przeczytać. Zawsze gdzieś z tyłu głowy jest myśl, że powinno wyczytać się z niego więcej, odkryć drugie dno albo poczuć niepokój, jeśli lektura nie zrobi na nas tak dużego wrażenia, jak zapewnia większość najlepszych krytyków.
Na pewno czytania nie ułatwia sama forma. „Wilk stepowy” zaczyna się realistycznie, ale z każdą kolejną stroną opowieść coraz bardziej się od tej rzeczywistości odrywa i staje się coraz bardziej surrealistyczna. Nic już nie jest oczywiste, pewne, a sen miesza się z jawą.
„Wilka stepowego” na pewno nie warto wybierać, żeby podśrubować swoje roczne statystyki przeczytanych książek. Średnio nadaje się też na powieść do czytania dla czystej przyjemności i poprawy nastroju, chyba że ktoś lubi egzystencjalne przemyślenia, które częściej są gorzkie niż słodkie.

Chociaż „Wilka stepowego” można przeczytać w jeden wieczór, to nie jest to najlepszy pomysł. To raczej książka, która zyskuje z czasem, a im więcej czasu mija od jej przeczytania, tym więcej można w niej dostrzec. Spotkałam się nawet z opinią, że ta powieść jest jak zwierciadło, a czytelnicy mogą odnaleźć w niej odpryski własnego życia.
Ja niestety nie zgrałam się jeszcze z tą powieścią. Nie poczułam jej energii, nie zżyłam się za bardzo z bohaterem i nie wiem czy kiedykolwiek to nastąpi. Ale jedno powiedzieć o „Wilku stepowym” mogę na pewno. Świetnie opisuje bolączki swoich czasów, ale również i tych naszych i właśnie w tym tkwi moc tej powieści.

Doceniam też „Wilka stepowego” za jeszcze coś. Ta powieść jest jak kopalnia. Dużą przyjemność sprawiło mi poszukiwanie w niej nawiązań do klasyki mniej i bardziej znanej, literackiej i muzycznej. Nieźle też czyta się ją przez pryzmat hipisowkiej ideologii, bo to właśnie przedstawiciele pokolenia dzieci kwiatów szczególnie ją polubili. W końcu jak nie spojrzeć, „Wilk stepowy” to przede wszystkim opowieść o buncie i ucieczce od uporządkowanego świata mieszczuchów, sztywnych zasad i konserwatywnych wartości, które same w sobie traktowano jak zamach na jednostkową wolność. A warto wiedzieć, że z hipisami powinny się kojarzyć nie tylko spodnie dzwony, bose stopy, długie włosy, wolna miłość i świetna muzyka, ale przede wszystkim spojrzenie na świat, ludzi i życie, w którym wartością nadrzędną powinna być wolność.

„Nakarmić wilki” Marii Nurowskiej

Gdyby nie motyw wilka, pewnie długo jeszcze nie sięgnęłabym po książki Marii Nurowskiej. Stało się jednak inaczej. Pisarka zafascynowana wilkami uczyniła z nich jeden z głównych tematów swoich dwóch powieści. Jeśli dodatkowo miewacie czasami uczucie, że macie ochotę rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady, jej powieść „Nakarmić wilki” powinna przypaść Wam do gustu.

„Nakarmić wilki” to oryginalna opowieść o młodych naukowcach i badaczach przyrody, absolwentach SGGW, którzy prowadzą swoje badania dosłownie tam gdzie diabeł mówi dobranoc. Nie mają prądu, żyją w spartańskich warunkach, ale szybko okazuje się, że żadna cena nie jest za wysoka za możliwość obcowania z bajeczną przyrodą Bieszczad, a przede wszystkim za możliwość obserwowania tajemniczych i bardzo fascynujących wilków. Ta książka nie ma charakteru popularnonaukowego. Chociaż Nurowska zgrabnie przemyca na kartach tej powieści sporo informacji o wilkach, kłusownictwie i kulisach walki między zwolennikami i przeciwnikami wilków, jest to powieść bardzo klimatyczna, a sama główna bohaterka nie tylko nawiązuje z wilkami niezwykłą więź, ale sama zaczyna o sobie mówić, że ma wilczą duszę.
Powieść „Nakarmić wilki” w wielu miejscach mnie poruszyła, ale jej akcja najgwałtowniej przyspiesza na ostatnich stronach, a książka ma wyjątkowo mocne zakończenie. Na tyle mocne, że chce się sięgnąć po ciąg dalszy, na który zresztą Nurowska nie kazała długo czekać. W „Requiem dla wilka” również pojawiają się wspaniałe wilki, ci sami bohaterowie, są też Bieszczady, ale nie ma już niestety tego samego klimatu, co w „Nakarmić wilki”. O ile „Nakarmić wilki” faktycznie się wyróżnia, to „Requiem dla wilka” niestety za bardzo zbliża się do książek, które niektórzy z przekąsem nazywają „książkami dla gospodyń domowych”. Przyjemnych, lekkich, ale niezwykle do siebie podobnych i za bardzo spłyconych do miłosnego wątku. Szkoda, bo ta historia ma spory potencjał i można było wyciągnąć z niej znacznie więcej.

„Nie taki straszny wilk” Farleya Mowata

W obu książkach Nurowskiej regularnie wraca piękny cytat: „Każdy z nas nosi w sercu wiele wilków – miłość, gniew, odwagę, strach. Przeżyją tylko te, które nakarmisz”. Początkowo myślałam, że zaczerpnięty jest on z książki Farleya Mowata i dlatego zdecydowałam się ją znaleźć, co wcale łatwe nie było.

Liczyłam na nostalgiczną, jeśli nie romantyczną opowieść i wilkach, naszpikowaną cennymi informacjami o tym gatunku i być może trochę filozoficzną nutą, a dostałam coś zupełnie innego.

„Nie taki straszny wilk” to malutka, licząca zaledwie 140 stron powieść, w której w formie relacji-pamiętnika Mowat opowiada o swojej badawczej wyprawie na daleką północ. Miał w jej trakcie znaleźć naukowe dowody na to, że wilki to groźne i niebezpieczne drapieżniki, które bezwzględnie należy tępić. Oczywiście szybko okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Mowat na dzień dobry rozprawia się ze stereotypami o wilkach, później relacjonuje przygotowania do wyprawy łącznie z pakowaniem gigantycznego i zupełnie bezsensownego bagażu. Wszystko to w sposób zabawny, mocno ironiczny, a momentami absurdalny, że aż trudno pomyśleć, że za całą wyprawą jak nie spojrzeć stoją ludzie nauki, którzy akurat w tej sytuacji zdają się być z rozumem zupełnie na bakier.

Opis przygotowań do wyprawy i ukazanie społeczności dalekiej północy w krzywym zwierciadle to dopiero początek tej historii. Mowat nie zostawia suchej nitki nawet na sobie samym i w komiczny do granic możliwości sposób opowiada o swoich obserwacjach, dziwacznych eksperymentach i badaniach.
Chociaż ta powieść jest zabawna, to jednak nie można odmówić jej niewątpliwej wartości. Mnóstwo w niej faktów o wilkach, Mowat krok po kroku dochodzi do wniosku, że wstępne założenia wyprawy mocno mijają się z rzeczywistością, a w dodatku pokazuje, że jeśli ktoś jest okrutnym drapieżnikiem, który zagraża równowadze ekosystemu, to człowiek i to raczej wilka trzeba przed nim chronić, a nie na odwrót.
Na ostatnich stronach Mowat opowiada o zakończeniu badań i wyjeździe. On zaliczył niewątpliwie największą przygodę swojego życia, a wilki? Cóż, ostatnie zdania nie pozostawiają raczej wątpliwości, że wilki, które czytelnik zdążył już polubić, czeka raczej marny los, a milczenie w tym przypadku tylko potęguje grozę całej sytuacji.

„Wilki” Adama Wajraka

Książka Mowata to już klasyka gatunku. Ale my też mamy już taki rodzimy klasyk. To „Wilki” Adama Wajraka, które kilka lat temu cieszyły się dużą popularnością i były bezkonkurencyjne na liście najlepiej sprzedających się książek.

Opowieść Wajraka o wilkach jest jak połączenie relacji z reportażem. Autor opowiada w „Wilkach” o swoich obserwacjach w Puszczy Białowieskiej, tej najdzikszej w Polsce, która kilka lat temu tak pięknie grała w filmie „Królestwo”. Jego wilki nie są przy tym tak łaskawe dla czytelnika jak w innych książkach. Trzeba na nie czekać godzinami, wypatrywać ich, zarywać dla nich noce, zrywać się bladym świtem i tkwić w jednym miejscu w niewygodnej pozycji. Mimo to Wajrakowi udało się wciągnąć mnie w swoją opowieść, tym bardziej, że ten czas oczekiwania zawsze umila anegdotami i historiami na temat wilków nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Wajrak w zajmujący sposób opowiada o tym, jakie wilki są, co się o nich mówi, w jaki sposób i jak postrzegano je na przestrzeni wieków. Całość pięknie obrazują zdjęcia, które tylko potwierdzają jak pięknym, dumnym i majestatycznym zwierzęciem jest wilk.

„Wilczyca” Nate’a Blakeslee

Popularność książki „Wilki” zapewne w dużej mierze zadecydowała o tym, że to Adam Wajrak miał okazję polecić inną, wilczą książkę. To „Wilczyca” amerykańskiego dziennikarza śledczego Nate’a Blakeslee.
„Wilczyca” to trzymająca w niesamowitym napięciu opowieść o ponownym wprowadzeniu wilków do parku narodowego Yellowstone jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku. Ta opowieść rozciąga się na dwie dekady. Dla nas to zaledwie 20 lat, a dla wilków czas wystarczająco długi, by mówić już o 3 a nawet 4 pokoleniach wilczych rodzin.

„Wilczyca” to przede wszystkim wartka, żywa opowieść o wilkach, które jak się szybko okazuje genialnie sprawdzają się w roli pierwszoplanowych bohaterów tej książki. Wilki z „Wilczycy” łączą się w pary, zakładają rodziny, walczą o przywództwo czy wreszcie toczą wojny o najlepsze terytoria parku. Robią właściwie wszystko to, co robią ludzie, może też dlatego szybko stają się bardzo bliskie czytelnikowi. Niekwestionowaną wilczą gwiazdą tej książki jest Szóstka – genialna wilczyca, jak oceniają ją znawcy, taka, która trafia się raz na kilka pokoleń. Wybitna łowczyni, troskliwa matka, niekwestionowana samica alfa, która nie boi się walki i której nie są w stanie przestraszyć nawet ludzie. To właśnie ją trafia kula, kiedy polowanie na wilki zaczyna być legalne.

„Wilczyca” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. W kościach czułam, że będzie dobra, ale to, co dostałam, przerosło moje oczekiwania. „Wilczycę” czytało mi się błyskawicznie, porwała mnie do tego stopnia, że już w trakcie czytania zaczęłam szukać jeszcze więcej informacji, zdjęć i filmów o wilkach z Yellowstone.

W tej opowieści bezsprzecznie rządzą wilki, to one są na pierwszym planie. Ale w „Wilczycy” nie brakuje też ludzi. To głównie te osoby, które z wielką troską wprowadziły wilki do Yellowstone, a potem wypatrywały ich każdego dnia, martwiły się o nie, podziwiały je, ale i opłakiwały. Są w tej książce też tak zwane czarne charaktery – tylko tak zwane, bo Blakeslee w tej porywającej opowieści starał się i właściwie zachował obiektywizm, mimo że nie brakuje bardziej dramatycznych rozdziałów, w których Blakeslee zabiera czytelników nawet na sale sądowe, gdzie przytacza argumenty za i przeciw wilkom. „Wilczycę” zaliczam do jednej z fajniejszych książek, jakie czytałam w tym roku, a chociaż książek o wilczej tematyce czytałam już sporo, to „Wilczyca” na pewno bardzo mocno się wśród nich wyróżnia oczywiście na plus.

„Dzika sprawiedliwość” Marca Bekoffa i Jessiki Pierce

Wilki pojawiają się coraz częściej w powieściach, reportażach, Nie mogło ich też zabraknąć w książkach naukowych i popularnonaukowych o świecie zwierząt, coraz bardziej popularnych po ogromnym sukcesie książek Petera Wohllebena.

„Dzika sprawiedliwość” przyciągnęła mnie przede wszystkim okładką. Są na niej wilki, ale wcale nie sprawiają wrażenia sympatycznych ani majestatycznych. Na tej okładce wyglądają naprawdę groźnie i być może dlatego tak trudno jest oderwać od nich wzrok.

Chociaż książki Wohllebena i „Dzika sprawiedliwość” mają podobną tematykę, to na pewno nie można ich ze sobą tak po prostu porównać. Czytając Wohllebena, miałam wrażenie, że autor wziął mnie na fascynującą wycieczkę do lasu, a opowiadane przez niego anegdoty i przytaczane fakty zawsze mają jakieś obrazowe odniesienie do tego, co nam bliskie.

W „Dzikiej sprawiedliwości” tego niestety brakuje. Ta książka napisana jest trochę jak rozprawa naukowa. Dużo w niej faktów, metodologii, autorzy stawiają na początku hipotezę i rozdział po rozdziale znajdują kolejne argumenty, które mają ją poprzeć. Są w tej książce co prawda interesujące przykłady, jak np. opowieść o bardzo empatycznych słoniach, ale niestety ogólnie całość nie jest tak świeża, dynamiczna i lekka jak „Sekretne życie drzew” czy „Duchowe życie zwierząt”. Szkoda, bo właśnie takie książki na wiele spraw otwierają oczy i bardzo zmieniają sposób, w jaki postrzegamy świat.
Nie zmienia to jednak tego, że w „Dzikiej sprawiedliwości” pada wiele naprawdę mocnych, trudnych i ważnych pytań. Autorzy pokazują, że zwierzęta są zdolne do empatii, współpracy i poświęcenia, czyli wszystkiego tego, co wchodzi w definicję moralności. Jednocześnie mówią, że badania nad zwierzętami to wciąż nieznany teren dla naukowców, a jakichkolwiek naukowych analiz doczekały się jedynie najbliższe człowiekowi małpy.
Wreszcie pytają, czy etycznym jest nie tylko zjadanie, ale również wykorzystywanie na masową skalę w przemyśle czy badaniach istot, które jak się okazuje czują i pod wieloma względami tak bardzo są do nas podobne.
Mam nadzieję, że „Dzika sprawiedliwość” przetrze szlaki innym książkom naukowym o zwierzętach i będzie początkiem ciekawych badań, dzięki którym spojrzymy na zwierzęta w zupełnie nowym i innym świetle, być może o wiele łaskawszym okiem niż dotychczas.

***

Wilczych książek jest znacznie więcej. W tym zestawieniu mogły znaleźć się „Biały kieł”, „Szara wilczyca”, wydany kilka lat temu „Wilk zwany Romeo” czy nowe, dostępne od niedawna „Gawędy o wilkach”, nie mówiąc już o albumach i przede wszystkim fantastyce, w której motyw wilka również regularnie powraca.

Do tematu wilków w książkach na pewno będę jeszcze wielokrotnie wracać. Jeśli Wam się podobało albo macie ciekawą, wilczą książkę do polecenia, koniecznie dajcie znać w komentarzu. A tymczasem zapraszam do polubiania strony niebieska-sukienka.pl na facebooku, twitterze, instagramie i do kolejnego odcinka cyklu motywy literackie.