film Królestwo

Widzieliście już „Królestwo”?

Pamiętam niedawną promocję tego filmu. Długie artykuły albo chociaż wzmianki pojawiały się we wszystkich ambitnych gazetach. Wiele pozytywów powiedziano o nim nawet w komercyjnych stacjach radiowych.
Tymczasem w Zielonej Górze wcale nie tak łatwo było obejrzeć ten film na dużym ekranie. Największe kino, które mieści się w największym zielonogórskim centrum handlowym zagrało „Królestwo” tylko raz. I to w dodatku po proteście oburzonych zielonogórzan. Szkoda, bo to akurat jeden z tych filmów, które sporo zyskują, kiedy wyświetlane są na dużym ekranie.
I jeszcze większa szkoda, że ambitny i ważny film, nie tylko dla historii kina, musi ustąpić miejsca rozrywkowym produkcjom, które z założenia mają bawić.

Na szczęście jednak „Królestwo” doceniło niewielkie niekomercyjne kino „Newa”. I w dodatku zaserwowało seans bez długiego wstępu w postaci reklam i zwiastunów. Tylko czyste kino. Sztukę. Ambitny obraz.

„Królestwo” początkowo ogląda się jak jeden z tych filmów dokumentalnych, które grały w weekendy w domu przy okazji sobotnich i niedzielnych śniadań. Wszystko to zasługa chyba jednego z najbardziej charakterystycznych głosów w Polsce. Krystyny Czubówny.

Ale narracja w „Królestwie” pojawia się tylko na początku i końcu. Reszta to pasjonująca historia opowiedziana przez zwierzęta. Na ekranie widzimy narodziny sarny, polowania watahy wilków, wielkooką wiewiórkę, przezabawne sowy, zaspane niedźwiedzie, majestatyczne rysie, sprytne lisy i wspaniałe, ukazane w galopie dzikie konie. Wszyscy ci futrzani aktorzy pojawiają się w dodatku w przepięknej scenerii niczym nieskażonej przyrody. A cała historia rozpisana jest na tysiące lat. I na cały kontynent (bo „Królestwo” kręcono w 10 krajach, w tym również w naszej polskiej Puszczy Białowieskiej).

W „Królestwie” pojawiają się co prawda ludzie, ale są z boku, dopiero pod koniec ich obecność zaznacza się coraz bardziej. W zdecydowanej większości przypadków negatywnie. Padają też ważne pytania. O przyszłość przyrody, zwierząt, ale i człowieka, który chociaż jest częścią tego świata, to ma niepokojące zapędy, by go sobie podporządkowywać. Sam staje się jak wielki i nieokiełznany żywioł, który potrafi budować wieczne miasta, ale niekoniecznie już potrafi uchronić to, co istnieje znacznie dłużej niż on.

Nie potrafi albo zwyczajnie nie chce. Bo średnio się to opłaca. Bo wymaga za dużo energii, czasu i pieniędzy. Bo nie potrafi docenić prawdziwego naturalnego piękna. Które ma w sobie znacznie więcej czaru i magii niż nowoczesne i samotne miasta z sięgającymi chmur budynkami.

Jeśli nie widzieliście jeszcze „Królestwa”, to koniecznie to zróbcie. Wyjątkowa uczta dla oka. Nakręcona z bajecznym rozmachem historia, która odrywa od miejskiej rzeczywistości.
Aż się chce wyjść na zewnątrz. Pospacerować po lesie. Przytulać drzewa. I słuchać pieśni i bicia serca wciąż majestatycznej, wspaniałej i tajemniczej przyrody.