Jojo Moyes, We wspólnym rytmie

We wspólnym rytmie (Fragmenty Ubrane, cz. 26)

Od książek Jojo Moyes trzymałam się z daleka bardzo długo. Przekornie, im częściej widywałam okładki jej powieści na Instagramie, tym bardziej odwlekałam w czasie moment, kiedy po którąkolwiek sięgnę. Potrzebowałam dodatkowego bodźca, zachęty, do których na pewno nie zaliczają się zabiegi marketingowe wydawnictwa.

I wreszcie ten wabik się pojawił. Do „We wspólnym rytmie” nie przyciągnęły mnie ani nazwisko autorki, ani cukierkowa okładka. Tym razem zainteresowała mnie historia, a raczej jeden z głównych tematów powieści – konie i jeździectwo. Dla niektórych poświęcanie im tyle miejsca w książce to wada. U mnie jest odwrotnie, po części dlatego, że też podzielam tę pasję. Pamiętam czasy, kiedy po zajęciach na uczelni wymykałam się do stajni, mierzwiłam końską grzywę, kłusowałam po lesie. Z końskiego grzbietu świat wygląda inaczej. Lepiej. I nie dziwi mnie, że kontakt z końmi został uznany za formę terapii.

Jojo Moyes, We wspólnym rytmie

U Moyes jest podobnie. Powieściowy Boo jest oczkiem w głowie nastoletniej Sarah, ulubieńcem i nadzieją na lepsze życie dla wnuczki Henriego Lachapelle’a i niechcianym podopiecznym Natashy i Maca – pary na rozdrożu, której zdaje się już nic nie jest w stanie odwieść od rozwodu. Życie tej czwórki bardzo komplikuje się, kiedy stary Lachapelle zaczyna chorować. Kiedy staruszek po wylewie trafia do szpitala, Sarah jest zdana na siebie, a przypadkowe spotkanie z Natashą łączy ich losy na dłużej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.

Jojo Moyes, We wspólnym rytmie

„We wspólnym rytmie” budzi we mnie mieszane uczucia. Początkowo ta powieść nie jest przyjemna, a raczej męcząca. Denerwujące są ciche dni Natashy, jej beznadziejne sprzeczki, których jedynym celem jest dogryzanie sobie i wreszcie wybuchowy charakter nastoletniej Sarah, która na pierwszy rzut oka jest idealnym przykładem problematycznej nastolatki. Obraża się na cały świat, zamyka się w sobie, wynosi z domu pieniądze, wagaruje, kłamie i najwyraźniej nie zna słów przepraszam ani dziękuję. Do tego trzeba dodać jeszcze pracę Natashy, która jako prawnik zajmuje się sprawami osób nieletnich. Po części właśnie to jeszcze bardziej zwiększa dystans między nią i Sarah, a przepaść z każdą stroną zdaje się być coraz większa i niemożliwa do pokonania.

Jojo Moyes, We wspólnym rytmie

Moyes jednak bardzo umiejętnie prowadzi akcję. Bohaterów co rusz od siebie oddziela, pokazuje ich motywacje, wyjaśnia sposób myślenia i udowadnia, że nic nie jest takie, jakie się z pozoru wydaje. Niedojrzały Mac pokazuje swoją bardziej dorosłą twarz, napuszona i wiecznie obrażona Natasha powoli się odblokowuje, a postępowanie Sarah okazuje się nie tyle szaleństwem nastolatki, co aktem desperacji. Akcja rozpędza się coraz bardziej, a Moyes nie tylko zaczyna grać na uczuciach, ale i wplata w swoją opowieść walkę o marzenia, element przygody, refleksję nad straconymi latami i mnóstwo wątpliwości, które bardziej każą bohaterom działać zamiast na sucho oceniać sytuację. „We wspólnym rytmie” nie wciągnęło mnie od razu, ale w pewnym momencie po prostu przepadłam i nie mogłam się już zatrzymać.

Jojo Moyes, We wspólnym rytmie

Jojo Moyes reklamowana jest jako ulubiona pisarka blogerów. Chociaż „We wspólnym rytmie” ostatecznie przypadło mi do gustu, to jednak wstrzymam się przed wydawaniem takich opinii. Niewątpliwie Moyes fajnie snuje bardzo kobiece opowieści, które idealnie wpisują się w literaturę popularną. Raczej jedne z wielu niż niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Mimo wszystko jednak i tak godne uwagi, jeśli tylko poszukuje się ciepłej, pogodnej historii, która pokazuje, że wszystko się jakoś ułoży.

Jojo Moyes, We wspólnym rytmie

Idealną do tej książki stylizacją byłby pełny strój jeździecki z dopasowanymi bryczesami i wypucowanymi na połysk sztybletami i czapsami. Ale to byłoby zbyt proste. Dlatego zaczęłam zastanawiać się, jak mogłaby ubrać się Natasha, na co dzień wepchnięta w sztywny dress code, ale spędzająca każdy weekend na angielskiej prowincji, w wynajętym domku, odprężająca się najbardziej przy dbaniu o ogród. Wygrały stonowane kolory. Lekko rozszerzana, szaro-biała sukienka i ciepły, oversize’owy sweter z dużymi kieszeniami i szalowym kołnierzem. A ponieważ wiem, jak trudno rozstać się z obcasami po godzinach, jeśli wybiera się je na co dzień, do zestawu dodałam czółenka w czerwonym kolorze, tym razem na grubym obcasie zamiast klasycznej szpilki. W sam raz może niekoniecznie do ogrodu, ale na sobotni albo niedzielny spacer już idealne.

  • a ja trochę przyznam że boje sie koni mam respekt bo nie znam ich. Piękne zwierzęta zachwycają mnie onieśmielają swoją potęgą i pięknem

  • Ta narzutka cudowna!!!

  • Ewa

    Z Jojo Moyes jakoś mi nie po drodze…
    Piękna sukienka :)

  • I gdzie się podział mój komentarz ??

    • Jest wyżej przy komentarzach z facebooka. One zwykle dłużej się ładują.