Coldplay Warszawa 2012

Viva la vida. Viva la Coldplay.

19.09.2012. Bardzo dobrze pamiętam ten dzień. Te emocje. I wszystkie niedogodności.
Mieszkałam jeszcze wtedy na zahukanej prowincji, a żeby dostać się na czas do Warszawy musiałam wstać dobrze przed 4.00 rano. Żeby zdążyć na autobus do Leszna. Potem na pociąg z Leszna do Poznania. A wreszcie autokar z Poznania do Warszawy.
Było jeszcze ciemno. Zimno. Ponuro. A ja na wpół śpiąca dreptałam w pośpiechu na dworzec. Na dokładkę wiedziałam, że kolejnego dnia mam egzamin. Trudny egzamin. Jeden z nielicznych we wrześniu, bo na pierwszy termin nie wiedzieć jakim cudem zaspałam (pierwszy i na szczęście ostatni raz w życiu).
Ale nic to. Cały czas dzielnie dreptałam i odczuwałam coraz większe podekscytowanie.
Dojazdy na koncerty zazwyczaj planuje się z kilkugodzinnym zapasem. Na wszelki wypadek. Żeby niczego nie przegapić.
Ale w końcu było lato. Oczekiwanie nie wydawało się więc takie straszne.
Do czasu. Z bólem serca muszę potwierdzić, że Stadion Narodowy nie jest najbardziej przyjaznym miejscem dla fana.
Najpierw był efekt wow. A potem spadł deszcz. I zrobiło się zimno. I nikt nie zamknął dachu. Pozostało tylko czekać tych kilka godzin do koncertu. Z nadzieją, że będzie lepiej. Spacerując naokoło, żeby nie przegrać z ogarniającą mnie sennością.

***

To nie jest wymarzony scenariusz wyjazdu na wspaniały koncert. Właśnie taki był ten dzień. Fatalnie fatalny. Ale o zmroku zaczęła się magia. Najpierw rozbłysły świata, potem można było usłyszeń znajome pozytywne dźwięki i na scenę wreszcie wybiegli oni – Chris, Jonny, Guy i Will.
Ten magicznie kolorowy sen trwał około dwóch godzin. A w mojej głowie tak naprawdę nigdy się nie skończył.
Bywałam na różnych koncertach. Ale ten od strony wizualnej był wyjątkowo dopracowany. Coś podobnego widziałam do tej pory tylko u Rogera Watersa i U2.
Niby muzyczne show, ale miało w sobie elementy happeningu. Bo każdy mógł brać w nim udział. Bo każdy dostał magiczne świecące opaski, które w pewnym momencie nagle ożywały. Bo w pewnym momencie wszyscy, którzy byli na płycie, nagle zaczęli tańczyć i skakać jak piłeczki.

Bo było Yellow.
In my place.
Violett hill.
The scientist.
Viva la vida.
Fix you.
Speed of sound.

I Clocks.

Czegoś takiego nigdy się nie zapomina.

Nowa płyta. Nowa trasa.

Coldplay znowu koncertuje. Niestety ich nagrania coraz bardziej zbliżają się do muzycznego mainstreamu. Ale na szczęście chłopaki wciąż grają stare, dobre piosenki, które przyniosły im sławę i wciąż doskonale pasuje do nich metka „muzyka alternatywna”.

„Coldplay w trasie” oczami roadie zespołu

Kilka dni temu przeczytałam książkę „Coldplay w trasie”. Koncerty przedstawione są w niej z innej perspektywy. A dokładniej zza kulis. Wszystko podpatrzył i opisał tzw. „roadie” zespołu, Matt McGinn, który z zespołem jest związanym praktycznie od początku.

Coldplay w trasie
„Coldplay w trasie” jest jak koncertowy reportaż i pamiętnik w jednym. McGinn opowiada w książce o:

  • coraz bardziej rozrastającym się sprzęcie (na samej tylko scenie montuje się ponad 7 ton różnego rodzaju wzmacniaczy, głośników, ekranów…),
  • szalonych fanach, którzy ochoczo wyciągają ręce po wyrzucaną w stronę publiczności kolekcjonerską gitarę,
  • innych sympatykach, którzy koniecznie chcą mieć coś coldplayowego na pamiątkę,
  • mini koncertach na żywo dla tych osób, które jako pierwsze pojawiały się na koncertach,
  • ściskaniu w dołku,
  • szalonym pomysłach Chrisa Martina,
  • współpracy z Jonnym Bucklandem,
  • bestii, jaka uaktywnia się w Willu Chmpionie, kiedy zaczyna grać na perkusji,
  • magicznym momencie, kiedy wszyscy muzycy wychodzą na scenę,
  • rockandrollowych libacjach po koncertach,
  • zabawnej chwili, kiedy na Chrisa spadła kurtyna, a wokalistę trzeba było wydobyć spod olbrzymiej płachty materiału.

Książka jest napisana lekko. Z humorem. Pokazuje jak wygląda życie w trasie. Ale mam co do niej mieszane uczucia. O życiu muzyków i ich ekip w czasie trwających wiele miesięcy tras krążą legendy. McGinn uchyla rąbka tajemnicy, ale w moim przypadku jego talent do snucia opowieści nie zadziałał. Momentami czułam się jak jedyna trzeźwa osoba na imprezie, która z niedowierzaniem obserwuje, co dzieje się przed jej oczami. Za mało też w tym wszystkim było jak dla mnie samego Coldplay.

***

Może i roadie ma fascynujące życie. Może i rutyną jest dla niego chodzenie na stadion na Wembley, żeby nastroić gitary. Ale chyba jednak bym się z nim nie zamieniła. Bo o wiele więcej uroku ma dla mnie obserwowanie zespołu od strony publiczności. A chociaż to tylko jednorazowe i niestety dość krótkie wydarzenie, to jednak na bardzo długo zapisuje się w pamięci.

Jeśli jeszcze wahacie się czy jechać na koncert, nie zastanawiajcie. Naprawdę warto.