the wall

The Wall znów powraca

Niektóre albumy muzyczne można traktować jak kamienie milowe w historii muzyki. Nie tylko windowały swoich twórców na sam szczyt, ale wytyczały też zupełnie nowy kierunek w muzyce i do dziś nie tracą swojej świeżości.

Premiera legendarnego The Wall

Przeszło 30 lat temu takim muzycznym wydarzeniem było właśnie The Wall. Ten koncepcyjny album jednak nie przecierał nowych szlaków dla samego zespołu Pink Floyd, który na swoim koncie miał już płytę Dark Side of The Moon. Płyta The Wall wpisała się błyskawicznie w znacznie szerszy kontekst. Tytułowa ściana, która miała symbolizować zniewolenie, bardzo szybko zaczęła być porównywana do berlińskiego muru, który dzielił Europę na blok wschodni i zachodni.

The Wall 10 lat później

Minęło dziesięć lat. Runął mur, kilka lat wcześniej rozpadło się również samo Pink Floyd. Ale muzyka została i na początku lat 90. wszystkie piosenki z dwupłytowego albumu The Wall zagrano jeszcze raz. Tym razem w miejscu niezwykłym, Berlinie, tam gdzie przez wiele lat stał ten autentyczny mur. Na scenie obok samego twórcy pojawili się inni artyści, ale zabrakło pozostałych członków zespołu…

30. Urodziny The Wall

Minęło kolejnych 20 lat. Tym razem świat zelektryzowała wiadomość, że Roger Waters znów powraca z The Wall w nowej wersji, bardziej widowiskowej, stworzonej ze znacznie większym rozmachem, z wykorzystaniem najnowszych technologii. Na 2011 rok w Łodzi zapowiedziano początkowo jeden koncert, ale kiedy w przedsprzedaży rozeszła się lwia część biletów, bardzo szybko pojawiła się informacja, że Waters zagra jeszcze drugi koncert w Polsce.

The Wall – oblężenie w Łodzi

W 2011 roku informacja o koncercie faktycznie elektryzowała. Po raz pierwszy od tylu lat można było zobaczyć jedno z największych widowisk muzycznych, jakie kiedykolwiek powstały. Waters zrobił miłą niespodziankę nie tylko fanom Floydów, ale również i wszystkim miłośnikom rocka i dobrej muzyki. W dodatku ta gigantyczna trasa koncertowa miała być podsumowaniem kariery artysty.

Nie było więc zmiłuj. Na bilety poszło praktycznie całe moje miesięczne stypendium naukowe, żeby tylko stać się częścią widowiska. Paradoksalnie pieniądze otrzymane za dobre wyniki w nauce poszły na to, żeby usłyszeć pamiętne „We don’t need no education” i „Hey! Teachers! Leave us kids Alone!”… Jednak życie czasami potrafi być przewrotne…
Ale faktycznie było widowisko od początku do końca. Gigantyczny mur, efekty wizualne i pirotechniczne, rozbijający się samolot, sztab gitarzystów, dziecięcy chórek, dmuchane lale i słynna świnia, która w najlepsze krążyła nad widownią przez cały utwór Run Like Hell na dobre wdrukowały się w moją pamięć.

Same efekty przy tym nie przyćmiły muzyki. Te liczące po 30 lat kawałki wciąż są świetne. Nie wiedzieć dlaczego do Łodzi pojechałam właśnie po Run Like Hell, Is There Anybody Out There, Hey You i pierwszą część Another Brick in The Wall, spokojniejszą niż bardziej znana część druga, ale zdecydowanie bardziej intrygującą. Miło było usłyszeć Comfortably Numb. Tym bardziej więc nie wiedzieć dlaczego największe wrażenie zrobiło na mnie wyjątkowo dynamiczne Young Lust. I nieważne, że Waters w pewnym momencie wyszedł na scenę w czarnym płaszczu, ciemnych okularach i jakby nigdy nic zaczął strzelać do publiczności z karabinu maszynowego… (kolejna sztuczka, która złożyła się na wyjątkową całość). The Wall w Łodzi było prawdziwym show dla paranoików, ludzi, którzy patetycznie o wszystko się martwią, ale ten jeden raz faktycznie potrafią się zabawić. The Wall naprawdę robiło wrażenie.

Nowy mur do obalenia

Tymczasem minęły kolejne dwa lata, Waters wciąż koncertuje, a samo The Wall nabiera coraz większego rozmachu. Wcześniej grane było na halach, teraz przeniosło się już na największe stadiony, a 20 sierpnia będzie można zobaczyć Watersa na Stadionie Narodowym.
Fajnie, tylko że tym razem nie ma już takiej euforii jak dwa lata wcześniej. Bilety w sprzedaży były właściwie jeszcze 19 sierpnia. Wraz z większym rozmachem, większymi obiektami, niestety urosły również i ceny. The Wall nie jest już dla fanów rocka, tylko dla bogatych fanów rocka. Z wielkiego muzycznego widowiska dla buntowników, wrażliwców, którzy źle czują się w świecie The Wall staje się coraz bardziej komercyjne. Pewnie wiele osób, które pojawią się na Narodowym, popatrzą na koncert właśnie przez pryzmat cen. A ile z nich zostanie w domach, bo jednak te koszty okażą się barierą nie do przeskoczenia…

Szkoda mi jeszcze jednego. Skoro już w sierpniu Waters zdecydował się przyjechać do Polski i to właśnie z epokowym The Wall, zamiast Warszawy na koncert o wiele lepiej było wybrać Gdańsk, który z burzeniem murów i obalaniem totalitaryzmu ma więcej wspólnego. Może nie byłaby to idealna powtórka z Berlina, ale jednak The Wall nie byłoby w ten sposób tylko kolejnym koncertem, których w Polsce akurat granych jest coraz więcej. Całe widowisko zyskałoby znów nowy wymiar.

Nie zmienia to jednak faktu, że gdziekolwiek The Wall nie zabrzmi, pewnie i tak będzie świetne. Dobra muzyka wybroni się sama i nie ma w tym wypadku wielkiego znaczenia, co dzieje się za kurtyną, czy raczej za murem…