Pink Floyd The Endless River recenzja

The Endless River. Nowy krążek Pink Floyd

Od czasu wydania płyty „Division Bell” i pamiętnego koncertu „Pulse” pod szyldem Pink Floyd nie ukazało się nic nowego. Długich 20 lat muzycy kazali czekać na nowy album The Endless River. Na płycie znalazły się głównie krótkie i instrumentalne utwory, które nie zmieściły się na hitowym krążku z 1994 roku.

Subtelni i delikatni?

Jak do tej pory dla zespołu typowe były gitarówki, porażający głębią wokal Davida Gilmoura, niepokojące momentami pulsowanie i niespotykana w żadnych innych utworach dynamika, tak teraz tych charakterystycznych elementów jest znacznie mniej. Są gitary, muzyczne krajobrazy i pejzaże, ale nieśmiertelny wokal pojawia się dopiero w ostatnim utworze, który momentami aż za bardzo przypomina piosenkę „Comfortably Numb” i właściwie niczym specjalnie się nie wyróżnia. Całość jest raczej spokojna, a choć momentami wyczuwalne jest owo typowe dla zespołu pulsowanie, to jednak zabrakło w tym wszystkim przytupu i wielkiego finału.

Muzyka tła

Jak dla mnie najbardziej pinkfloydowo brzmi utwór jedenasty „Allons-Y”, szybszy, bardziej dynamiczny od pozostałych, którym bliżej raczej do ciekawej ścieżki dźwiękowej i muzyki tła niż do kompilacji, do których przyzwyczaił nas jeden z najbardziej znanych zespołów w historii muzyki. Nie zmienia to jednak faktu, że całości słucha się przyjemnie. Mimochodem, ale jednak z przyjemnością, choć na muzyczne danie głównie to zdecydowanie za mało.

Spokojny rejs w obłokach

Swoją drogą zresztą właśnie na taki klimat zdają się przygotowywać już sam tytuł albumu i jego okładka. Słowa „The Endless River” pojawiają się w końcówce najładniejszego utworu z płyty „Division Bell” – „High Hopes”, spokojnego, głębokiego, dojrzałego i przede wszystkim zapadającego w pamięć. A okładka? Na pierwszy rzut oka zobaczyć można na niej właśnie rzekę, łódkę z jednym podróżnym, oświetlony słońcem horyzont i nieskazitelnie niebieskie niebo, ale z drugiej strony rzeka skojarzyć się może również z miękkimi, pierzastymi chmurami, a sam rejs w kierunku światła ze spokojnym dryfowaniem w przestworzach. I właśnie taka jest też muzyczna podróż z albumem „The Endless River”.