tess

Tess d’Urbervilles – recenzja

Do obejrzenia tego serialu zachęciła mnie obsada, a raczej jeden aktor – Hans Matheson, któremu przypadła rola największego drania w całej historii. Nawet bez niego jednak Miniserial BBC byłby wart uwagi.

Hans Matheson – filmowy pewniak

Matheson chyba nie ma w dorobku przypadkowych ról, a ze swoją nietypową urodą najlepiej pasuje do produkcji kostiumowych i historycznych, zazwyczaj epickich, złożonych i opowiadających o miłości. Sam też nie pcha się do komercyjnych projektów, a jeśli się w nich pojawia, to jako postać drugoplanowa. Jeśli więc na liście płac wypatrzy się jego nazwisko, film można oglądać w ciemno bez obaw, że zmarnuje się czas.

Najlepsza ekranizacja Tess d’Urbervilles

Produkcje BBC także mają swój klimat, bo chociaż miło jest pooglądać sitcomy, telewizyjne hity ostatnich lat czy kręcone z rozmachem seriale historyczne, to każdy trochę tęskni za klimatem z książek Jane Austen czy sióstr Bronte. „Tess d’Urbervilles” powstała na podstawie powieści Thomasa Hardy’ego i nie jest pierwszą ekranizacją książki, choć w opiniach co niektórych najlepszą. Przyczyniła się do tego zapewne też nie tylko sama obsada – warto dodać, że autorem zdjęć jest Polak, Wojciech Szepel.

Smutna historia i “za dobra” bohaterka

Serial (i jego książkowy pierwowzór) to historia tytułowej Tess – szlachetnej choć biednej dziewczyny, której przyszło żyć na angielskiej prowincji w czasach królowej Wiktorii (okres to wyjątkowo epicki, działający na wyobraźnię, wspominany z nostalgią, ale jednocześnie mało łaskawy dla najbiedniejszych, bardzo konserwatywny i zdominowany przez konwenanse). Bohaterka po części ma być trampoliną rodziny do lepszego życia. Kiedy tylko okazało się, że być może w jej żyłach płynie szlachecka krew, matka z najlepszymi intencjami pakuje ją i wysyła na służbę do rzekomym krewnych. Z wielkich nadziei rodzą się zaś same nieszczęścia. Tess faktycznie okazuje się przynętą, ale jednak zbyt dumną, żeby na swój urok osobisty łapać majętnego męża (inna sprawa, że kandydat znajduje się sam i wprasza się na siłę). W efekcie historia, która zaczyna się prawie jak bajka (pałac, sielskie krajobrazy, biały koń i przystojny daleki krewny), kończy się niewesoło – wykorzystana i dumna Tess wraca do domu i rodzi dziecko, które wkrótce umiera. Los uśmiecha się do niej nieco później, kiedy Tess w końcu się szczęśliwie zakochuje, ale na jej życie już zawsze cień rzuca właściwie niezawiniona przeszłość, a wrodzone duma i dobroć z pewnością jej niczego nie ułatwiają. Tess jest wykorzystywana lub odtrącana właściwie przez wszystkich, nie potrafi i nie chce (albo nie wie, że może i powinna) walczyć o swoje, biernie poddaje się wszystkiemu, co ją spotyka. Los w swoje ręce bierze dopiero na sam koniec, ale trudno stwierdzić, czy jest to efekt desperacji czy nagle odkrytej w sobie siły. Za swój bunt jednak słono płaci – otrzymuje co prawda od życia kilka dni szczęścia, ale zostaje też skazana na śmierć.

Idealizm, dobroć i naiwność

Właściwie trudno jest jednoznacznie ocenić całą historię. Jak to bywa w życiu prawie każdy ma tu swoje interesy i interesiki i nie do końca zdaje sobie sprawę, jakie mogą być konsekwencje dobrych z pozoru planów. Co więcej, nawet z idealistycznego podejścia do życia i ludzi wyjść mogą same nieszczęścia. Wszyscy chcą niby dobrze, ale życie komplikuje się samo i wszyscy przegrywają. Tytułowej Tess zaś można żałować i nie żałować. W swojej naiwności i dobroci chce dogodzić wszystkim, nie wyznacza swoich granic, nie wyciąga wniosków, ze wszystkiego, co jej się przytrafia, nie potrafi się skutecznie bronić i postawić na swoim.

Siła dobra – skarb również dziś

Nie tylko pesymista na podstawie historii Tess mógłby wywnioskować, że nie warto być dobrym i najlepiej jest myśleć tylko o sobie. Chociaż z taką opinią też nie można się do końca zgodzić. W filmie, książce i w życiu nie ma postaci jednoznacznych, a życie nie jest na pewno czarno-białe, tylko ma różne odcienie szarości. Nawet Tess trafia w końcu na swoich, jest bezinteresownie lubiana i kochana. Czy miałaby lżej dziś? Z pewnością nie uderzyłaby w szklany sufit uprzedzeń i konwenansów, ale jak to się mawia, świat się zmienia, ale ludzie pozostają tacy sami – w pierwszej kolejności myślą o sobie, teraz może nawet bardziej niż kiedykolwiek (bo są i możliwości i moda na realizowanie siebie). Paradoksalnie jednak osoby takie jak Tess były i są potrzebne, a w dodatku to one napędzają świat do pozytywnych zmian, bo kto inny jak nie one? Dobroci na pewno nie należy się oduczać, bo wbrew pozorom to jednak ogromna siła. Trzeba się tylko nauczyć umiejętnie z niej korzystać, by wszyscy bez wyjątku na niej zyskali.