Technika uwalniania, David R. Hawkins, recenzja

Technika uwalniania, David R. Hawkins

Emocje można dzielić na dobre albo złe. Wypierać, tłumić albo szukać ich wszędzie, gdzie się da. Można budować na nich swoją rzeczywistość, starać się je kontrolować albo uciekać od nich jak najdalej. David R. Hawkins zachęca, by je obserwować, akceptować i odpuszczać, bo tylko w ten sposób można poczuć się prawdziwie wolnym, a z życia uczynić swojego sprzymierzeńca.

„Technika uwalniania. Podręcznik rozwijania świadomości” to jedna z wielu książek Hawkinsa, w której pojawia się mapa poziomów świadomości. Według autora to, co czujemy, przeżywamy, myślimy jest odzwierciedleniem tego, na którym poziomie świadomości jesteśmy. Obowiązuje jedna zasada – im wyższy poziom podświadomości, tym więcej mamy w sobie pozytywnej energii, chęci do działania i mocy, żeby przyciągać do siebie dobre, rozwijające zdarzenia i odpowiednich ludzi. Zanim jednak zakrzyknie się „I’ve got the power” trzeba sobie z czymś poradzić. Przekroczyć ego, które zawsze w jakiś sposób ściąga w dół, zachęca do rozpamiętywania, użalania się nad sobą, oceniania innych, doszukiwaniu się własnej racji.

Jeszcze zanim „Technika uwalniania” wpadła w moje ręce, wiele razy spotkałam się z opinią, że samo już czytanie tej książki działa terapeutycznie, pozwala przewartościować wiele przekonań, spojrzeć na siebie z zupełnie innej perspektywy. Sama w sobie jednak nie leczy z cierpienia i nie uśmierzy bólu. Jest bardziej narzędziem, po które im częściej się sięga, tym więcej przynosi nam korzyści.

Wiele zaproponowanych przez Hawkinsa twierdzeń brzmi niesamowicie i nieprawdopodobnie. Tym razem jednak przemawia do nas nie guru, który doznał objawienia i przekazuje światu swoje mądrości, lecz ceniony psychiatra, który na poparcie swoich tez ma twarde naukowe dowody. Warto więc choć trochę mu zaufać, a skuteczność techniki uwalniania przetestować na sobie.

O co dokładnie w tej technice chodzi?
Według Hawkinsa każdy z nas jest jak worek napełniony różnymi emocjami. Worek, który w dodatku ma swoje dno i ograniczoną pojemność. Jeśli emocji się nie uwalnia, kumulują się coraz bardziej, aż przestają się w tym worku mieścić.
Według Hawkinsa naszym problemem nie jest niesprzyjający świat, życiowy pech albo życie w wiecznym stresie. Wszystko to tylko programy, a kluczem do odnalezienia siebie i spełnionego życia są emocje, które według Hawkinsa pojawiają się jeszcze przed myślą. Skoro myśl jest potężna, aż trudno sobie wyobrazić, jaką moc potrafią nieść w sobie emocje.

Bardzo ciekawa u Hawkinsa jest teza, że to, czego doświadczamy w życiu, to odzwierciedlenie tego, co nosimy w sobie. Emocje o wysokich wibracjach przyciągają pozytywne zdarzenia, a człowiek w jakiś sposób sam buduje swój świat i decyduje o tym, jak go widzi. Czy jest dobry czy zły, wspierający czy wrogi. W pewnym momencie trzeba tylko wybrać, czy lepiej równać w górę czy jednak w dół. Co zaskakujące, ten oczywisty wybór wcale nie przychodzi tak łatwo…

Jeszcze trudniejsze do przełknięcia jest twierdzenie, że reagujemy jedynie na to, co znamy i nosimy w sobie. Myślisz, że kogoś nie lubisz, bo masz powody? Uparcie trwasz przy swoich przekonaniach, bo uważasz, że masz rację? Uważasz, że zawsze jesteś w porządku? Według Hawkinsa nie do końca tak jest. Jeśli kogoś nie lubisz, jesteś zły albo zawzięty, to znaczy, że nosisz w sobie emocje takie jak duma, nienawiść, smutek czy żal. Trzeba je uwolnić zamiast wdawać się w emocjonalne spory czy radykalnie zmieniać swój styl życia i eliminować z niego kolejne osoby i zdarzenia.
Jednocześnie Hawkins podkreśla wielokrotnie, że złość, gniew, duma czy upór same w sobie nie są złe. Są ludzkie. Ich jedyną wadą jest, to że blokują w nas w emocje o wyższych wibracjach jak radość, miłość, akceptację, pokój, które faktycznie nam służą i sprawiają, że życie rzeczywiście staje się pełne, satysfakcjonujące i piękne.

Może i jestem człowiekiem małej wiary, ale zawsze podochodziłam raczej sceptycznie do technik, które obiecują złote góry przy niewielkim wysiłku. Technika uwalniania jednak do mnie trafia i mam ochotę wypróbować ją na sobie. Jest tylko pozornie prosta. Bo chociaż sprowadza się do niby prostego obserwowania emocji, to wcale nie tak łatwo jest je w sobie odnaleźć, zaakceptować i puścić wolno. Nie jest przyjemne mierzenie się ze swoim cieniem, branie pełnej odpowiedzialności, za to, co nas spotyka. Wreszcie nie jest fajne opuszczanie swojej strefy komfortu i zmienianie własnych przekonań. Ale dlaczego nie dać sobie szansy na pełniejsze i lepsze życie, kiedy jest ono, jak przekonuje Hawkins, na wyciągnięcie ręki?