tajemna historia czarownic recenzja

Tajemna historia czarownic, Louisa Morgan

Lubię wracać nie tylko do niektórych autorów i książek, ale i motywów. Te ostatnie powroty są zazwyczaj najciekawsze i najbardziej ryzykowne, bo nigdy nie wiem, czego mogę się spodziewać, czeka mnie albo miła niespodzianka, albo rozczarowanie, albo po prostu przyjemna literacka podróż.

Z motywów, które szczególnie lubię w okresie jesienno-zimowym, jedno z czołowych miejsc zajmuje czarownica. Może to przez pogodę, a może przez długie wieczory, które jak nic innego skłaniają do opatulenia się kocem i czytania opasłych książek, którym bliżej do magii niż szarej rzeczywistości. To akurat nieistotne.

Tym razem zainteresowała mnie „Tajemna historia czarownic” Louisy Morgan, która na pierwszy rzut oka miała ogromny potencjał, by stać się świetną odskocznią od codzienności. Opowieść rozciągnięta jest na kilka dekad i aż 5 pokoleń. Wszystko zaczyna się jeszcze w latach 20. XIX wieku, czyli mniej więcej wtedy, kiedy Mickiewicz dziergał „Ballady i romanse”, a Europa odkrywała w sobie coraz to nowe pokłady romantyzmu. Skoro zaś czucie i wiara miały przewagę nad mędrca szkiełkiem i okiem, opowieść o czarownicach od razu wydaje się wyjątkowo kusząca.

Bohaterkami powieści Morgan są kobiety ze starego romskiego rodu wywodzącego się z Francji. Niektóre obdarzone są mocą, inne talentami, a czarodziejski gen przekazywany jest z matki na córkę. Jak łatwo się domyślić, chociaż czasy romantyzmu sprzyjały magicznym opowieściom, to codzienne życie czarownic do lekkich nie należało. Bohaterki pielęgnują więc w ukryciu swoje tradycje, przekazują wiedzę z pokolenia na pokolenie, a gdy jest taka potrzeba, pakują się i szukają nowego miejsca na dom. Muszę przyznać, że Morgan naprawdę dobrze przygotowała się, jeśli chodzi o stworzenie tła, odtworzenie kolorytu epoki czy nawet ukazanie czarodziejskich rytuałów. Sama jednak historia wydaje mi się nierówna, momentami aż za bardzo naiwna, a czasami odnosiłam wrażenie, że autorkę za bardzo poniosła fantazja.

„Tajemna historia czarownic” to kronika rodzinna. Siłą rzeczy zmieniają się w niej główne bohaterki. Powieść podzielona jest na 5 części. Każda z nich to historia kolejnej przedstawicielki rodu Orchiere, która odkrywa w sobie niezwykłą moc i postanawia ją wykorzystać w dobrym lub złym celu. Jedna chce spokojnego życia, inna liczy na społeczny awans, jeszcze inna marzy o miłości, a kolejna jest gotowa zakasać rękawy, żeby pomóc tym „dobrym” w wygraniu wojny.

Najciekawsze jak dla mnie są losy Morwen, a z jej historii można wyciągnąć kilka naprawdę fajnych smaczków i interesujących pytań skłaniających do refleksji. To właśnie tu jest trochę o młodzieńczym buncie, samodzielności i podejmowaniu własnych, niezależnych decyzji, o wybaczeniu i przede wszystkim miłości. Bo w końcu czy wszystko jest w stanie załatwić magia? A może nie radzi sobie ona z innym rodzajem magii jakim bez wątpienia jest prawdziwa miłość?

Momentami aż szkoda, że ta książka nie skończyła się właśnie na losach Morwen. Louisa Morgan ucięła je tuż przed finałem, a potem jedynie chłodno zrelacjonowała w kolejnej, najsłabszej według mnie części, która bardziej przypomina komiksową historyjkę dla dzieci albo naiwne czytadełko dla mało wymagających kobiet. Bo nawet jeśli dam się ponieść wyobraźni, to nie kupuję opowieści, że czarownice wygrały drugą wojnę światową, a autentyczna królowa-matka z Wielkiej Brytanii dysponowała czarodziejską mocą… Nie wspominając już o tym, że romantyczny miłosny trójkąt ma więcej ze słabego romansu, a jego zakończenie jest tak oczywiste, że aż nie chce się czytać tej historii do końca, żeby się o tym upewnić.

Cóż, przeczytałam, ale nie żałuję. Bo chociaż „Tajemna historia czarownic” ma sporo słabszych miejsc, to jest też całkiem zgrabnie napisana, przyjemnie się czyta i daje niezłą rozrywkę, nawet jeśli pozbawiona jest końcowych fajerwerków.