Sztuka słyszenia bicia serca

Sztuka słyszenia bicia serca, Jean Philipp Sendker, recenzja

W pierwszych fazach zakochania niemal zawsze jesteśmy egoistami. Skupiamy się na naszych emocjach, dostajemy skrzydeł, wpadamy w zachwyt, ale i zżera nas niepewność.
To gwałtowne uczucie rzadko przeradza się w głębszą, bezwarunkową, łączącą w sobie akceptację, poświęcenie i dobroć miłość. Coraz częściej jednak odkrywamy, że nieoczekiwanym sprzymierzeńcem w podtrzymywaniu najszlachetniejszych uczuć jest bardzo ostatnio modna uważność.

Bratnia dusza Marqueza

„Sztuka słyszenia bicia serca” jest przede wszystkim wspaniałą, epicką opowieścią o miłości. Niemal od pierwszych stron skojarzyła mi się z prozą Gabriela Garcii Marqueza. Jak dla mnie powieść Sendkera ma w sobie coś z „Miłości w czasach zarazy” i „Stu lat samotności”. Rzeczywistość miesza się w niej z magią, pojawiają się baśnie, buddyjscy mędrcy, czarownicy i astrologowie. Opowieść jest rozciągnięta na przestrzeni stu lat, napisana jest z epickim rozmachem, a cała historia ma formę niemal mitu, legendy, pięknej opowieści. Dodatkowo jest otulona humorem, ciepłem, życzliwością. Podczas czytania można mieć nieodparte wrażenie, że zaczyna się patrzeć i myśleć sercem, a przede wszystkim zaczyna się słyszeć jego bicie.

Uważność w praktyce

Dawno już nie czytałam takiej opowieści o miłości. Najważniejszej w naszym życiu, ale spychanej przez codzienność na dalszy plan. Jeśli ciekawi Was uważność, życie pełnią, slow life, to powieść Sendkera to najlepszy przykład na to, jak teorię można przełożyć na praktykę. Bo bohaterowie potrafią żyć chwilą, dostrzegać najsubtelniejsze bodźce, które odczuwają nasze zmysły. Pokazują przy tym, że to nie węch, dotyk czy wzrok są najważniejsze. Najistotniejszym ludzkim zmysłem jest serce, a jeśli tylko odpowiednio się je doceni, to dzięki niemu wyostrzą się też pozostałe zmysły. Poczujemy, usłyszymy i zobaczymy znacznie więcej niż nawet jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

Subtelna opowieść o ludzkich zmysłach

Głównych bohaterów powieści poznajemy, gdy są jeszcze dziećmi. We współczesnym świecie Zachodu pewnie czuliby się skrzywdzeni przez los, niekochani i mieli zaczątki głębokiej depresji. Na szczęście jednak żyli w Birmie, dalekiej, egzotycznej, biednej, a jednak tryskającej kolorami, kojarzącej się ze wschodnią mądrością, medytacją i radosną, codzienną spontanicznością. Chociaż natura wiele im zabrała, to jednak na przekór wszystkiemu, bohaterowie potrafili tak się porozumieć i wzajemnie uzupełniać, że razem stali się praktycznie mocniejsi, silniejsi, mądrzejsi, bardziej uważni i empatyczni. Potrafili też zrobić użytek z tego, czego większość z nas nie dostrzega na co dzień – wyobraźni. Podczas czytania można się tylko zastanowić, czy nasze zmysły, chociaż codziennie wykorzystywane, nie są tylko podrdzewiałym narzędziem, ułomnością, która zasłania nam to, co najważniejsze.

Tę historię trzeba odkryć i przeżyć samodzielnie

Chciałabym opowiedzieć całą historię, napisać jak bardzo zaskoczyło mnie jej zakończenie. Ale tego nie zrobię. Tę książkę warto odkrywać samodzielnie. Czytać. Przeżywać. Medytować w trakcie lektury. A przede wszystkim wielokrotnie do niej wracać.

Dla podróżujących, poszukujących, którzy chcą żyć pełnią i tworzyć

Nie wszyscy lubią powieści. Niektórzy wolą podróżować. Pracować nad własnym rozwojem. Tworzyć. „Sztuka słyszenia bicia serca” Sendkera to jednak zaczątek tego wszystkiego. Na jej kartach widzimy przepiękną Birmę i z tyłu głowy pojawia się myśl, żeby rezerwować bilet lotniczy, pakować walizkę i lecieć do Azji. Jeśli chcemy być bardziej wrażliwi i obecni, nic nie przybliży nas do tego bardziej jak właśnie subtelna, przesycona miłością i zmysłowymi (w najlepszym tego słowa znaczeniu) doznaniami historia. Jeśli chcemy tworzyć, to właśnie ta książka powinna podsunąć nam uniwersalne, wiecznie żywe tematy, o których zawsze warto pisać, mówić, śpiewać.

Klasyka już od chwili powstania

Podobno „Sztuka słyszenia bicia serca” nie odniosła od razu sukcesu. Nie miała imponującej kampanii reklamowej jak wiele innych wydawnictw. Rozgłos zyskała dzięki czytelnikom, którzy zauroczeni opowiedzianą w niej historią Mimi i Tin Wina, polecali ją swoim znajomym i znajomym znajomych. W końcu doczekała się przekładów na wiele języków i dotarła na wszystkie kontynenty. To jeden z nielicznych przykładów na to, że to, co naprawdę dobre, potrafi obronić się samo. Jak dla mnie, ta powieść już należy do klasyki literatury najwyższej próby.