Szepty kamieni recenzja

Szepty kamieni, Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak

Skoro Islandczycy mogą do dziś wierzyć w elfy, nic nie stoi na przeszkodzie, by również islandzkie kamienie mówiły szeptem w sobie tylko znanym języku…

***

Uwielbiam czytać reportaże o niezwykłych miejscach. Dzięki temu mogę oddać się jednej z moich ulubionych form turystyki – turystyce kanapowej. Robię sobie herbatę, zaszywam się w kącie, siadam wygodnie i znikam. Zdarza się, że zabieram ze sobą komputer, odpalam wyszukiwarkę i wystukuję w niej nazwy miejsc, które szczególnie mnie zainteresowały. Czasami jednak ta ciekawość jest tak silna, że kanapa okazuje się za twarda, a ekran komputera za mały. Wtedy nie ma rady. Trzeba planować wyjazd.

Chociaż od dawna jestem bez pamięci zakochana w Skandynawii, Islandię zawsze traktowałam trochę po macoszemu.
Z większym zaciekawieniem spojrzałam na nią niedawno, kiedy kilka razy zetknęłam się z książką „Szepty kamieni” Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka. Ta nie tak znowu wielka książka o Islandii powstała właściwie przypadkiem. Początkowo miała być blogiem, na którym ukażą się wpisy o opuszczonych islandzkich miejscach – wioskach, fabrykach, domostwach na wybrzeżu. Wszystkie one okazały się jednak tak intrygujące, a sama Islandia tak niesamowita, że blogowy pomysł rozrósł się do rozmiarów książki i stał się wyjątkową opowieścią o miejscach, przeszłości, Islandii, a przede wszystkim o twardych ludziach, którym przyszło żyć pod tym niezwykle wymagającym kawałkiem nieba.

Jak zwykle w tego typu książkach w pierwszej kolejności przeglądam zdjęcia. I tu pierwsze zaskoczenie – wiele z krajobrazów Islandii do złudzenia przypomina te norweskie. Ale wszystko zdaje się nieco bardziej mroczne, ponure, jakby z innego świata.

Pozory w tym wypadku nie mylą. Islandia nie jest wymarzonym miejscem na wakacje dla każdego.

Drogo. Brzydko. Surowo. Niebezpiecznie. Nie dla każdego zaletą jest obcowanie sam na sam z przyrodą, perspektywa przejechania setek kilometrów bez napotkania żywej duszy. Nie mówiąc już o ostrych zimach, długich nocach, lawinach i przede wszystkim silnym wietrze, który potrafi przycisnąć do ściany albo wyginać szyby w oknach. Bo o wulkanach chyba każdy coś słyszał…

Nie mówię Islandii nie, ale w najbliższym czasie odpuszczam i poprzestanę na w zasadzie całkiem niezłej reportażowej opowieści, jaką zaserwowali mi autorzy „Szeptów kamieni”.
Ta książka jest przede wszystkich o ludziach. Islandczykach ze stolicy, wybrzeży i tych przyszywanych, którzy zupełnie świadomie wybrali sobie ten mało przyjazny kraj na drugi dom.
Sami autorzy również patrzą na kraj i wyspę z różnych punktów widzenia. Raz są turystami, innym razem imigrantami, jeszcze innym dziennikarzami bez pamięci zakochanymi w jednej ze skandynawskich sióstr, jak niektórzy nazywają Islandię.

Stworzyli bardzo przyjemną książkę. „Szepty kamieni” są przemyślane, fajnie skonstruowane, lekko napisane, naszpikowane ciekawostkami, sporo można się z tych reportaży dowiedzieć. Z drugiej jednak strony czegoś mi w niej zabrakło. Trochę za mało jest w niej energii, pasji, tego czegoś, co natychmiast każe się pakować i ruszać na drugi koniec świata. Warto jednak naprawdę ją docenić z innego względu – jest bardzo aktualna. To nie jest sucha relacja, kolejna karta z przewodnika. Autorzy sporo miejsca poświęcają w niej nie zawsze łatwym i przyjemnym tematom współczesnym jak kryzys gospodarczy, sukcesy na euro, piszą o turystycznej gorączce i filmach kręconych na wyspie, które niebawem wejdą na ekrany kin.

I to właśnie dzięki tym opowieściom Islandia ożywa na kartkach książki. Jest bliższa, trochę fascynuje, trochę dziwi, trochę przyciąga. Czas pokaże, czy tylko na zdziwieniu, lekkim przyciąganiu i fascynacji się skończy. Czy może będzie to początek czegoś więcej…