Święto nieistotności, Milan Kundera recenzja

Święto nieistotności, Milan Kundera

Pamiętam ten moment, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Milana Kundery. To było jak objawienie. Chociaż miałam już kilku swoich ulubionych pisarzy, wiedziałam, że Kundera zajmie wśród nich szczególne miejsce i na pewno sięgnę, jeśli nie po wszystkie, to przynajmniej kilka z jego książek. Tak się stało, a każda kolejna tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że najsłynniejszy pisarz z Czech jest mi szczególnie bliski.

Dosłownie rozpływałam się nad „Walcem pożegnalnym”. Doszukiwałam się ukrytych sensów w „Żarcie”. Zachwycałam się niewielką, ale jednak wspaniałą „Powolnością”, a kultową już „Nieznośną lekkość bytu” przeczytałam dwa razy. Ale również i w tej literackiej fascynacji musiał nastąpić przełom, który sprawił, że moje drogi z Milanem Kunderą powoli zaczęły się rozchodzić.

„Święto nieistotności” – najnowsza książka pisarza niewątpliwie jest wspaniale napisana. Czuć w niej rękę mistrza, subtelny humor, genialne aluzje, lekkość, z jaką prowadzi akcję. Ale jest też w tej książce coś, co mnie nieodmiennie drażni. Coraz bardziej wyraźny cynizm i rezygnacja, które chociaż były wyraziste już we wcześniejszych książkach Kundery, w „Święcie nieistotności” zyskują zdecydowanie bardziej ponury ton. Słowem kluczem w opowiedzianej tym razem historii jest nieistotność. Wszystko, łącznie z życiem staje się w niej banalne, nieistotne, absurdalne, pozbawione większego sensu i właśnie dlatego według bohaterów największą wartością staje się dobry humor, który pozwala przetrwać kolejny dzień.

We wcześniejszych książkach Kundery lubiłam też zawsze nawiązanie do przeszłości. Doceniałam go za to, że pozwalał mi zaglądać za żelazną kurtynę, poznawać myśli i motywacje swoich bohaterów. W „Święcie nieistotności” te nawiązania do przeszłości również się pojawiają. Nie są już jednak takie jak dawniej. Kundera w tej książce nikogo nie oszczędza. Wręcz przeciwnie, postaci wzbudzające niegdyś grozę i strach, wplątuje w kolejne absurdalne zdarzenia, wyśmiewa, a w końcu ożywia i czyni głównymi atrakcjami swojego święta nieistotności.

Mam poważny problem z oceną tej książki. Prawdopodobnie, gdyby nie nazwisko jej autora, pewnie nie zwróciłabym na nią uwagi i odłożyła po kilku przeczytanych stronach. Chociaż nie można odmówić jej świetnej formy, pomysłowości, pewnej oryginalność, to nie jest już ten Kundera, którego znałam, pokochałam i uwielbiam. Jego niepowtarzalne poczucie humoru tym razem za mocno przykrył cynizm. Na pierwszy plan zdecydowanie bardziej wybija się refleksja niż wyrazista historia, a sam Kundera, chociaż wciąż jest w niezłej literackiej formie, wydaje się być jednak wyjątkowo zmęczony. To nie jest książka, która porywa, robi mocne wrażenie, wyróżnia się na półkach w księgarniach i prowokuje do dyskusji. To już raczej prezent dla wiernych koneserów, którzy na swojego literackiego mistrza zawsze będą patrzeć łaskawym okiem i przez pryzmat tego, co napisał już wcześniej.

Jakiś czas temu zastanawiałam się nad moimi ulubionymi wykonawcami muzycznymi, którzy od kilkudziesięciu lat są obecni na scenie i cały czas tworzą. Jedni na nowo nagrywają stare przeboje. Inni tworzą utwory w swoim klimacie, które zostają jednak daleko w tyle za tym, co tworzyli kiedyś. Jeszcze inni ryzykownie wplatają w swoje teksty głębokie refleksje na temat życia, które muzyce nadają ciężki, momentami wręcz patetyczny ton. Tylko nielicznym, mimo upływu lat, udaje się stworzyć coś lekkiego, świeżego i pogodnego. I właśnie twórczość tych ostatnich zdecydowanie najbardziej do mnie trafia.

Po „Święcie nieistotności” dochodzę do wniosku, że ta sama reguła dotyczy również literatury i pisarzy. Najnowszy Kundera mnie przytłoczył i przygnębił, w wielu miejscach się z nim nie zgadzam. Dlatego w jego przypadku zastosuję tę samą zasadę, którą stosuję też do moich ulubionych muzycznych twórców. Chociaż czuję, że moje drogi z nim zaczynają się coraz bardziej rozchodzić, to wiem, że zostanie cały imponujący dorobek, który jak nie spojrzeć wywarł na mnie swego czasu ogromny wpływ i wciąż, niezależnie od wszystkiego, co się wydarzy, będzie dla mnie niezmiernie ważny i będę do niego wracać. A chociaż takie rozstania nigdy nie należą do przyjemnych, to jednak mają też jedną zasadniczą zaletę. Zawsze dodają mi energii, żeby szukać nowych literackich tropów i odkrywać nowych twórców, którzy staną mi się bliscy, wywrą na mnie duży wpływ, sprawią, że dzięki nim na świat będę mogła spojrzeć z jeszcze innej perspektywy niż dotychczas.

  • Justyna Schwałkowska

    Nie znałam tego autora wcześniej, ale po Twojej recenzji chętnie go poznam :)

    • Warto poznać :) Polecam przede wszystkim starsze utwory, które przyniosły mu największą popularność :)