Światło między oceanami, recenzja

Światło między oceanami, M.L. Stedman, recenzja

Na polski rynek „Światło między oceanami” weszło niemal równolegle ze swoją ekranizacją i przypiętą metką „melodramat”. W takich momentach zwykle zapala mi się w głowie czerwona lampka, która oznacza, że to kolejna powieść, która zapewne na 100% mnie rozczaruje. Postanowiłam jednak dać jej szansę.

„Światło między oceanami” to historia o latarniku.
Wróć. Bohaterze wojennym, którzy został latarnikiem, żeby w samotności uciszyć skołatane nerwy i odzyskać równowagę.
Sienkiewicz takim postaciom wkładał w ręce „Pana Tadeusza” i budził uśpioną miłość do ojczyzny. M. L. Stedman, jak na kobietę przystało, była znacznie łaskawsza i głównemu bohaterowi, Tomowi, postawiła na drodze śliczną, uroczą i dobrą istotę o wdzięcznym imieniu Isabel. Samotna wyspa z latarnią otoczona ze wszystkich stron przez ocean miała być ich romantycznym azylem i własnym miejscem na ziemi.

Wszystko toczy się pięknie. Aż za pięknie. Tylko czeka się na moment, kiedy na przysłowiowym, pogodnym niebem zawisną chmury. Momentem przełomowym jest dla tej dwójki utrata dziecka. Pierwszego. Drugiego. A potem trzeciego. Całkiem naturalnym jest więc, że Isabel postanawia przygarnąć małą dziewczynkę, która niczym dar od Boga przybija w tajemniczej łodzi akurat na ich wyspę.
Szybko się jednak okazuje, że szlachetne i dobre intencje to czasami za mało, a niewłaściwie decyzje sprzed lat mogą położyć się cieniem na życiu wielu osób. I właśnie tak dzieje się w „Świetle między oceanami”.

Opowieść o granicach wytrzymałości

Każdy z nas ma swój próg bólu, granicę wytrzymałości, za którą jest już tylko przepaść. Niektórzy z niej spadają na samo dno, inni cudem ratują życie i na nowo odnajdują szczęście.
Tom, główny bohater powieść dotyka dna. Wraca z piekła. Ma głęboko w sercu wyryte wojenne wydarzenia. Strach. Lęki. Obawy. Przekonanie, że nic dobrego go już nie spotka. Ale jednak się myli, bo na jego drodze staje miłość. Początkowo słodka, ale z czasem coraz bardziej gorzka, kiedy tak jak swoich towarzyszy z placu boju musi grzebać niewinne, niecierpliwie wyczekiwane, własne dzieci.
Isabel nie doświadcza bezpośrednio wojny. Ale jej ofiarami są jej ukochani bracia. Isabel zdaje sobie sprawę, że życie jest krótkie, że warto zawalczyć o szczęście i skupić się na tym, co naprawdę ważne. Na miłości, ukochanym mężczyźnie, marzeniu o dzieciach. Tego ostatniego jednak los jej brutalnie odmawia i za każdym razem, tuż po roznieceniu nadziei, spycha ją w przepaść bezdennej rozpaczy. Uśmiechem od życia jest mała Lucy, która na kilka lat wypełnia świat Toma i Isabel. Wprowadza do ich życia szczęście, radość, sens, ale i strach. Bo nie jest ich córką. Bo od samego początku wiedzą, że żyją w kłamstwie. Bo szczęście idzie w ich wypadku w parze z wyrzutami sumienia, które z upływem czasu są coraz większe.

Są oceany, ale brakuje głębi

Cała historia ma olbrzymi potencjał. Balansowanie na krawędzi, poznawanie granic własnych możliwości i wytrzymałości to dla pisarza prawdziwe wyzwanie. W „Świetle między oceanami” zabrakło mi jednak głębi. W pierwszej, najbardziej sielskiej części postaci wydawały mi się papierowe. Czysty jak kryształ Tom i eteryczna Isabel bardziej przypominali mi parę z walentynkowej pocztówki niż życiowo mądrych ludzi, którzy doskonale zdają sobie sprawę z magii, jaką ma w sobie każda szczęśliwa chwila.
Wraz z rozwojem wydarzeń rys postaci się pogłębia, pojawiają się w nich negatywne uczucia, ciemne motywacje, ale niedosyt jednak pozostaje. Konflikty wewnętrzne są przemilczane, a bohaterów widzimy jedynie w działaniu. Nie widzimy dramatycznych gestów, nie słyszymy rozpaczy w głosie, nie czujemy bezsilności i bezradności, którą zapewne gdzieś w głębi czują sami bohaterowie. A szkoda, bo ta głębsza analiza raz na zawsze odpięłaby od „Światła między ocenami” łatkę melodramatu i wyciskacza łez i awansowała powieść do literackiej klasyki. Tym bardziej, że w tej historii dopatrzyć się można rozwiązań typowych dla greckich tragedii.
Są w niej szczerze i dobre postaci. Szlachetne intencje. Bohaterowie o niewzruszonym sumieniu. Są litość i trwoga. Jest oczyszczenie i ulga, kiedy odkłada się książkę. Zabrakło jedynie szczypty dramatyzmu.