świat równoległy, Tomek Michniewicz

Świat równoległy, Tomek Michniewicz

Reportaże pokochałam niedawno, ale za to dozgonną miłością. Najbardziej lubię je za to, że nie owija się w nich w bawełnę. Najlepsi z najlepszych mówią jak jest. Żywo, z polotem, grają na ludzkich emocjach i bezceremonialnie wymiatają swoją dziennikarską miotełką wszystko, co wpadło pod medialny dywan.

Nie powiem, żeby dzięki temu świat był bardziej uporządkowany.
Przeciwnie. Po naprawdę mocnych reportażach nic już nie jest takie samo. Białe nie jest białe, czarne nie jest czarne, nawet szarości zmieniają swój odcień.
I właśnie taką reporterską perełką jest „Świat równoległy” Tomka Michniewicza.

Początkowo miałam bardzo silne wrażenie, że to wyjątkowo męska książka o typowo męskich sprawach. Michniewicz zabiera swoich czytelników do niebezpiecznego Pakistanu, potem na poligon i morderczy trening wojskowej elity – żołnierzy, którzy jeszcze przed emeryturą tracą zdrowie, a po zakończeniu służby zdani są już tylko na siebie.
Potem jest jeszcze bardziej niebezpiecznie, bo prosto z poligonu Michniewicz przenosi się do słonecznej Kalifornii i San Quentin, więzienia o zaostrzonym rygorze, do którego wchodzi się na własną odpowiedzialność.

Ale w „Świecie równoległym” jest też mnóstwo innych smaczków. Michniewicz nie zostawia suchej nitki na turystycznych rajach, które są właściwie jak teatr dla mas. Są w nim scena z dekoracjami jak z wakacyjnej pocztówki i kulisy – brudne, biedne, z toksycznymi wysypiskami śmieci. Z kolei słynne 3S (sea, sand i sun), czyli wakacyjny ideał nie mają nic wspólnego z prawdziwym podróżowaniem i poznawaniem obcych kultur. To bardziej luksusowy i kolorowy teatrzyk, który jest jedynie miłą odskocznią od szarej, korporacyjnej codzienności.

To wciąż jednak nie wszystkie mocne strony „Świata równoległego”. Jeden z kolejnych reportaży, „Ryzyko”, to perełka dla tych, co kochają przygody. Michniewicz bierze w nim pod lupę prawdziwe sporty ekstremalne. Takie, przy których skakanie na bungee czy z samolotu to pikuś. Bo, jak pokazuje Michniewicz, są na świecie ludzie, którzy skaczą bez zapasowego spadochronu, rzucają się z budynków, latają z oszałamiającą prędkością ze skałami na odległość ramienia i twierdzą, że wiedzą, gdzie jest granica, której nie mogą przekroczyć.
Michniewicz bierze na warsztat nawet konflikt terroryści kontra reszta świata i oddaje głos najbardziej pokrzywdzonym, bo jak okazuje się, tylko ułamek muzułmanów to prawdziwi terroryści.

Jak podpowiada podtytuł, „Świat równoległy” to „reportaże o ludziach i miejscach, które wydaje nam się, że znamy”. I faktycznie tak jest. Czytając ten zbiór, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że świat wcale nie jest taki, jaki wydaje się nam, że jest. Jest bardziej niebezpieczny, nieprzewidywalny i bardziej złożony niż sądzimy. Mnożą się pytania, ale coraz mniej jest odpowiedzi. Przybywa wyjątków od reguły, a rzeczywistości nie można raz na dobre uporządkować i opowiedzieć o niej obiektywnie w wiadomościach i szkolnych podręcznikach.

Michniewicz jako dziennikarz jest bezlitosny. Nie rozgrzesza dziennikarzy z misją, którzy pchają się w każde niebezpieczne miejsce, bo, zamiast pomagać, szukają tylko kolejnej sensacyjnej historii na miarę Pulitzera. Nie oszczędza też statystycznych Kowalskich, którzy lubią podróżować i poznawać świat. Bo, jak przekonuje Michniewicz, świata nie można do końca poznać. Obcy zawsze będzie obcym. Nawet wpuszczony do egzotycznych domów nie pozna ich głęboko skrywanych sekretów. Przy czym pozna to słowo klucz w reportażach Michniewicza. Bo jak do tej pory jedynie biały człowiek był na tyle bezczelny, żeby sobie przypisać odkrycie świata i ludzi, którzy od zawsze byli obok.

„Świat równoległy” zasiał we mnie niepokój. Zrobił przemeblowanie w głowie. Zburzył uporządkowane fakty, które zapisywałam w swojej pamięci przez lata. To kolejna książka z tych, które sprawiły, że już nie skupiam się tak bardzo na zapamiętywaniu, a znacznie częściej zadaję pytanie „dlaczego?”. Gryzę się w język, zanim wydam wyrok. A jeszcze częściej po prostu obserwuję i staram się zrozumieć.

„Świat równoległy” wiele razy pokazuje, jak mało jeszcze wiemy. I to uczucie rośnie coraz bardziej w miarę czytania. Ale w przypadku tej książki to akurat komplement.