Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek recenzja i stylizacja Fragmenty Ubrane

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek (Fragmenty Ubrane, cz. 38)

Na kiepski nastrój podobno pomaga kawałek pysznego ciasta. Albo dobra książka. Albo jedno i drugie. Koniecznie z kawą albo ciepłą herbatą z cytryną. Ale tak samo jak nie bez znaczenia jest, jakie to ciasto (wiadomo, najlepsza na chandrę jest szarlotka), tak samo ważny jest i rodzaj książki. Na pewno nie może być przypadkowa.
Najlepiej, jeśli jest ciepła i sympatyczna, ale nie naiwna, realistyczna, ale jednak taka, która pozwala uwierzyć, że ludzie są dobrzy, a życie prędzej czy później układa się po naszej myśli. Pozornie takich tytułów jest sporo, ale prawdziwych perełek już niestety niewiele. Jedną z nich jak dla mnie jest „Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek” autorstwa Annie Barrows i Mary Ann Shaffer.

Nietypowy tytuł i równie nietypowa forma

Chociaż tytuł zaskakuje wyjątkowo dużą ilością znaków, to sama książka nie ma wielkich gabarytów. Wręcz przeciwnie – jeśli wciągnie, to stanie się bardzo sympatycznym kompanem na wieczór albo weekend. Swoją drogą w tej powieści zaskoczyć potrafi nie tylko sam niespotykanie długi tytuł. Równie nietypowa jest i forma tej książki. Nie ma tu klasycznych rozdziałów ani wszystkowiedzącego opowiadacza – głos przejmują w tej powieści sami bohaterowie i piszą do siebie… listy. Długie, przemyślane i zazwyczaj bardzo sympatyczne. Autorki zrobiły to na tyle fajnie, że w trakcie czytania sama zaczęłam tęsknić za tą formą komunikacji.

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek recenzja i stylizacja Fragmenty Ubrane
Wiele lat temu pisywałam regularnie i to nie tylko kartki z wakacji. Później pojawiły się telefony. Teraz listy zdarza mi się pisywać jedynie do siebie samej albo terapeutycznie do innych, kiedy mam coś ważnego do przekazania, ale chcę stworzyć przestrzeń do przemyślenia treści, przygotowania odpowiedzi albo zwyczajnie boję się bezpośredniej konfrontacji.
W tej książce listy odgrywają wiele ról – bohaterowie opowiadają sobie w nich swoje historie, piszą o swoich zainteresowaniach, obawach, plotkują i żartują, a przy okazji zachwycają się urokiem Wysp Normandzkich, na których w dużej mierze rozgrywa się akcja „Stowarzyszenia miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek”.

„Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek – trochę o fabule

Londyn i Guernsey. Rok 1946. Świat otrząsa się jeszcze po wojnie, ale powoli zaczyna wracać do normalności. Pomocne w tym łapaniu równowagi są niewątpliwie książki, a Anglicy szczególnie polubili jedną autorkę – Julliet Ashton, która swoimi zabawnymi tekstami potrafiła ująć i bawić w ciężkich czasach. Teraz zbiera ona materiał na kolejną książkę, myszkuje po księgarniach i robi to, co każdy książkowy fanatyk – kupuje więcej książek niż powinna, a idąc do księgarni, znajduje nie tylko tę książkę, którą chce przeczytać, ale również i trzy inne, o których nie wiedziała, że chce przeczytać.

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek recenzja i stylizacja Fragmenty Ubrane
Rewolucja w jej życiu również związana jest z książkami. Pewnego dnia dociera do niej list z książką, która kiedyś należała do niej, a która dziwną koleją losów zawędrowała aż na Guernsey. Wkrótce okazuje się, że uśmiech losu uśmiecha się do niej znacznie szerzej, niż początkowo jej się wydawało.

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek recenzja i stylizacja Fragmenty Ubrane

Z kolejnych listów, które docierają do Julliet, dowiadujemy się trochę o Guernsey, poznajemy ich mieszkańców, a przede wszystkich dociera do nas informacja o enigmatycznym Stowarzyszeniu miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek – literackim klubie, do którego nazwę mógł wymyślić chyba tylko Anglik.
Dla mieszkańców Guernsey książki również okazały się dobrodziejstwem. To głównie dzięki nim narodziły się wspaniałe przyjaźnie, a oni sami lepiej poznali siebie i znaleźli miłą odskocznię od szarej codzienności w trudnych, wojennych czasach. Co niektórzy odkryli nawet, że swoją nową, książkową pasję dzielą z wrogiem, a w powieści pojawiają się Niemcy, którzy znacznie chętniej sięgają po książki niż po broń.

II wojna światowa z innej perspektywy

W „Stowarzyszeniu…” wojna pojawia się głównie w opowieściach, jest jak echo, które pobrzmiewa w tle. Przedstawiona jest też trochę inaczej niż w innych książkach. Nie dotyka bohaterów tak bezpośrednio, ale i tak ma znaczny wpływ na ich życie. Traktowana jest trochę jak okoliczności, z którymi bohaterom przyszło się zmierzyć. Radzą sobie całkiem nieźle – pomimo trudnych czasów wciąż udaje im się zachować spokój i życzliwość, są silni, ale jednocześnie dobrzy, mimo że nie są też pozbawieni drobnych wad, które tylko dodają im uroku.

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek recenzja i stylizacja Fragmenty Ubrane
Bohaterowie „Stowarzyszenia miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek” przypominają mi trochę społeczność z „Projektantki” ( o tej powieści też pisałam we „Fragmentach Ubranych”: „Projektantka, Fragmenty Ubrane cz. ), ale w pozytywnym wydaniu. Sama powieść zaś ma równie urokliwy klimat jak „Ania z Zielonego Wzgórza”. Jest jednak na wskroś angielska – mimo że czytam po cichu, i tak w głowie słyszałam typowo brytyjski akcent, kiedy przewracałam kolejne strony tej książki. „Stowarzyszenie…” jest w wielu miejscach zabawne, urocze i zaskakujące, a autorki wspaniale pokazały, że na Guernsey kryje się wspaniały skarb i to w dodatku niejeden.

***

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek recenzja i stylizacja Fragmenty Ubrane

Pogoda ostatnio nie rozpieszcza, bliżej jej do ponurej jesieni niż słonecznej wiosny. Stylizacja, która skojarzyła mi się ze „Stowarzyszeniem miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek”, również jest typowo jesienna, chociaż na pewno nie szarobura. Chciałam stworzyć coś w stylu retro, więc wybrałam bluzkę ze stójką i wiązaniem przy szyi i na rękawach ,w ciepłym, musztardowym kolorze dodałam do niej granatową spódnicę za kolano o lekko ołówkowym kroju, a na ramiona narzuciłam długi, militarny płaszcz w jodełkę, w odcieniu wojskowej zieleni, z pagonami i obowiązkowo dwurzędowym zapięciem. Dodatki subtelnie zgrały się z całością – znowu sięgnęłam po niezawodne, czarne kozaki i wybrałam zieloną torebkę, która fajnie dopasowała się do płaszcza i podkreśliła urok reszty zestawu.