Robert Miles, Dreamland

Robert Miles, Dreamland

Jeśli miałabym przypisywać płyty muzyczne do pór roku, to „Dreamland” Roberta Milesa byłaby zimą. Z hałdami śniegu, ostrym od mrozu, ale czystym powietrzem, chłodnymi promieniami słońca i intensywnie błękitnym niebem, które od zimna nabiera coraz bardziej niebieskich rumieńców.

Kocham takie zimy. I uwielbiam takie płyty. Za subtelną energię, lekkość i elegancję, która wibruje w każdym dźwięku. Miles na płycie „Dreamland” serwuje nie tylko zimowy klimat. Raczej podaje całą serię zimowych pejzaży muzycznych, w których można zapomnieć się bez reszty.

Wszystko zaczęło się od „Children”. Pamiętam jak ten kawałek z czarno-białym teledyskiem regularnie pojawiał się na zyskującej wtedy coraz większą popularność niemieckiej Vivie. Wtedy jeszcze aż tak mi się nie podobał. Ale w pamięci pozostał. I jak po nitce do kłębka z czasem zaprowadził mnie do muzycznej krainy snów.

Klimatem „Dreamland” przypomina trochę niektóre płyty Mike’a Oldfielda. Zamiast klasycznych piosenek są tu przestrzenne i dynamiczne utwory, w których co jakiś czas niczym motyw przewodni przewijają się lekkie i delikatne jak płatki śniegu melodie na klawiszach. Jeśli pojawiają się ludzkie głosy, to wprawiają w zadumę, a każdy utwór w oryginalny i właściwy sobie sposób pięknie się rozwija.

Uwielbiam „Children”, ale nie jest to na pewno najlepszy kawałek na płycie. Znacznie bardziej trafia do mnie magiczne „Fable”, zdecydowanie bardziej dynamiczne „Fantasya” i „Landscape”.

Sporo uroku ma w sobie tajemniczy i mroczny, a z czasem coraz bardziej interesujący i rozbudowany kawałek „Princess of Light”. A końcówka krążka zgrabnie zlewa się w rozmarzoną, zabarwioną elektroniką całość. Tylko w „One and one” jakoś tak dziwnie brakuje znajomego wszystkim kobiecego wokalu Edyty Górniak… A szkoda, bo miło byłoby usłyszeć ją w tak wyjątkowej oprawie.