szkoła

Gdy zadzwonił pierwszy dzwonek

W tym roku pierwszy dzwonek zabił nie pierwszego, lecz drugiego września. I chociaż obowiązuje on tylko tych najmłodszych, to jednak w umysłach dorosłych gdzieś głęboko pokutuje przekonanie, że wakacje kończą się właśnie wraz z ostatnim dniem sierpnia.

Czar szkolnego dzwonka

Dźwięk samego dzwonka, zwłaszcza takiego starego, brzmi jednak każdemu trochę inaczej. Kiedy chodzi się jeszcze do szkoły, raczej się za nim nie przepada. Stresuje, bo dzwoni na lekcje, przez niego dostaje się spóźnienie, dzwonek zmusza do siedzenia w ławce przez całe 45 minut, które wyjątkowo się dłużą, a można przecież w tym czasie robić tyle ciekawszych rzeczy…
W pewnym momencie jednak to brzęczenie staje się w jakiś sposób miłe dla ucha. Albo nie tyle miłe, co wprawiające w nostalgię. Kiedy szkołę już się ma za sobą, jakoś zapomina się o szarej codzienności, a przypominają się te pozytywne strony szkoły. To trochę jak z czasami PRL, które dziś budzą coraz większy sentyment, a wszystkie niegdysiejsze problemy wywołują raczej uśmiech na twarzy niż frustrację.

Z czym więc kojarzy się szkoła? Jeszcze sprzed reformy edukacji, całego zamieszania z gimnazjami, wybieraniem profili nauczania itd.?

Magia szczęśliwych numerków i nie tylko

Takim klasycznym pozytywem, który uczniowie wywalczyli sobie w większości szkół były szczęśliwe numerki. Na początku losowało się ich po 2 każdego dnia, potem na tablicy z ogłoszeniami zaczęły pojawiać się nawet po 3. Wspaniałe zabezpieczenie, które chroniło przed wejściówkami, kartkówkami, odpytywaniem z zadania domowego czy ogólnie pytaniem z materiału.
Można było liczyć na jeszcze jeden, podobny przywilej, czyli zażyczyć sobie wpisanie kropki lub nieprzygotowania. Tu jednak było już trochę trudniej. Trzeba było zgłosić się przed pytaniem, nauczyciel ustalał z góry limit nieprzygotowań na semestr (zazwyczaj po 2-3, z tymże niefortunnym trafem ta trzecia kropka zamieniała się w jedynkę), a w dodatku zazwyczaj lubował się w odpytywaniu tych pechowców, którzy wykorzystali już swój limit kropek. Taki trochę „Jeden z dziesięciu”. Byli też i tacy nauczyciele, którzy najpierw łaskawie pytali, kto chce nieprzygotowanie, a po wpisaniu kropek czy minusów niemal całej klasie stwierdzali, że jednak nie będą pytać. Zawsze jednak był to jakiś przywilej.

Długie przerwy śniadaniowe

Jeszcze w latach 90. do szkoły chodziło się ze śniadaniówką, w której mieściły się kanapki tudzież kawałek ciasta czy wafelek i owoc. W tych pierwszych klasach na śniadaniowych przerwach dzieciakom serwowało się kubek gorącego mleka. Dziś pewnie by to nie przeszło z uwagi na regularnie wzrastającą liczbę alergików, jednak i wtedy rozwiązanie miało swoich młodocianych przeciwników. Do niektórych rzeczy, w tym do picia samego mleka, trzeba dorosnąć. Ja wtedy jeszcze nie dorosłam, a do szkoły nosiłam w słoiczku kakao z cukrem.
Z czasem jednak można było dojść do wniosku, że ten kubek mleka był właściwie przywilejem, a darmowe dobrodziejstwo skończyło się w wyższych klasach. W późnych latach 90. w szkołach zaczęły pojawiać się pierwsze sklepiki ze słodyczami, napojami i kanapkami. W tych większych placówkach całkiem prężnie działały stołówki, dziś przypominające już raczej niekoniecznie tanie bary mleczne. Trzeba więc było negocjować podwyżkę kieszonkowego u rodziców.

Szkolny handel zamienny – zabawki i gadżety

Kiedyś furorę w szkole można było zrobić, przynosząc ze sobą nową lalkę lub jakąś zabawkę z cyklu rozstrzelajmy to wszystko. Domki dla lalek, ubranka, maskotki, misie zdają się jednak odchodzić do lamusa.
Chyba z kilkanaście lat temu w szkołach modne były elektroniczne zwierzaki. W sklepach kupowało się małe, kolorowe urządzenie w kształcie jaja. Po uruchomieniu na ekranie pojawiał się kot albo pies, któremu o wyznaczonych godzinach podawało się posiłki. Kotki najpierw dostawały butelki ze smoczkiem, później rybki. Regularnie też rosły, aż pewnego dnia, na ekraniku urządzenia pojawiał się komunikat, że zwierzak zakończył swój elektroniczny żywot. Z perspektywy czasu można dojść do wniosku, że jakieś walory edukacyjne to jednak miało, ale prawdziwy zwierzak pod każdym względem jest o wiele fajniejszym kompanem.
Przed tymi jajowymi gadżetami w szkole panowała jeszcze jedna moda: notesiki. Nie tylko nałogowo się je zbierało, ale również wymieniało karteczkami na przerwach. Ci, którzy się wkręcili w to najbardziej, zazwyczaj zbierali karteczki w albumach do zdjęć. Wymiana też nie była karteczkę za karteczkę. Te większe, bardziej kolorowe (a nie znak wodny) i przede wszystkim lakierowane okładki można było wymienić nawet na kilka kartek z notesików. Potwierdza się stara prawda. Jeśli chce się zbić na czymś fortunę, to trzeba zainteresować tym dzieci… One zazwyczaj chcą być modne i od razu dają się uwieść większości trendów.

Kreatywne przeszkadzajki

Dziecięca kreatywność miała kiedyś o wiele lepsze warunki do rozwoju. Żeby poddenerwować nauczyciela robiło się procę (zazwyczaj dobrze uformowana gałązka przewiązana gumką), papierowe kule czy samoloty. Takie przeszkadzajki nauczyciel mógł jeszcze po prostu zarekwirować. Dziś już niestety nie jest tak łatwo, a coraz młodsze małolaty nawet na lekcjach mogą żyć we własnym świecie. Wystarczy, że założą słuchawki na uszy i odpalą swoje mp3. A nauczyciel przecież Ipoda zabrać już nie może…
Ta kreatywność jednak nie była zarezerwowana tylko dla szkolnych urwisów. Maluchy grzeczne lub kreujące się na takie również mogły rozwijać swoją wyobraźnię najczęściej na plastyce. Chyba jednym z bardziej lubianych przedmiotów, z którego w dodatku większość miała dobre oceny i śrubowała tym swoją średnią na semestr.
Największą frajdę miało się w klasach 1-3. Na lekcje przynosiło się kolorowanki, wycinanki, farbki, kredki, bloki. Czasami się rysowało, czasami robiło origami, czasami świąteczne ozdoby. Wielu nauczycieli miało świetne pomysły, uczniowie bardzo lubili ich lekcje, a entuzjazmu nie psuły nawet pobrudzone palce czy ubrania (z rodzicami bywało pod tym względem różnie).

Szkolne obowiązki

Co tydzień wyznaczani byli klasowi dyżurni. Zazwyczaj ich praca sprowadzała się do czyszczenia tablicy i przynoszenia kredy z sekretariatu. Można było mieć również dyżury w szkolnej szatni. To drugie miało wiele plusów, bo nie było się na niektórych lekcjach. Oznaczało to, że unikało się odpytywania i oszczędzało się kropki. Można więc było sprytnie wykorzystać dyżur na własną korzyść i wybrać najlepszy dla siebie termin (czytaj: taki, kiedy przepadają najmniej lubiane lekcje). Klasowy dyżurny też nie miał pod tym względem najgorzej. Zawsze można było przecież wyjść na początku lekcji, żeby namoczyć gąbkę i wracać okrężną drogą, kiedy wybrani będą już szczęśliwcy do odpytywania z materiału. W końcu obowiązek to obowiązek, a szkoła powinna uczyć dyscypliny…

Szkoła życia jednak wygrywa

Takich szkolnych kwiatków można wymieniać i wymieniać, a każdy, w zależności od lokalnych tradycji szkolnych, pewnie dorzuciłby kilka własnych, szkolnych trików. Czy jednak po latach, mimo sentymentu ktoś by zdecydował się wrócić do szkolnych ławek? Może na dzień, dwa owszem, jednak na dłużej zdecydowanie nie. W dzwonkach i szkole jednak najfajniejsze jest to, że nas już nie dotyczą, mimo że dawne troski i, w wielu przypadkach, banalne zmartwienia zastąpiły typowe, dorosłe problemy.