Jaglany detoks recenzja

Pora na detoks?

W dietetyce żadne ze słów nie robi ostatnio takiej kariery jak właśnie detoks. Skusilibyście się? Na tygodniowe ograniczenie dla zdrowia, dla urody, dla lepszego samopoczucia? Mmmmmm…

Zdrowym stylem życia, a przede wszystkim odżywianiem interesuję się bardzo mocno od ponad dwóch lat. To właśnie wtedy zaczęłam eksperymentować z wegetarianizmem i przy okazji odkrywać setki zupełnie nowych dla mnie smaków. Z czasem w kuchni pojawiła się niezawodna wyciskarka do soków, a na regale z książkami coraz to nowe książki o odżywianiu. Jak łatwo się domyślić od teorii szybko przeszłam do praktyki i zaczęłam buszować po kulinarnych blogach, kupować książki kucharskie i samodzielnie eksperymentować.

Jednak to, co widać obecnie na księgarskich półkach zaczyna przechodzić moje najśmielsze wyobrażenia. Bo o dietach i żywieniu pisze już niemal każdy – blogerki i blogerzy, celebryci, artyści, dziennikarze, modelki… w całej tej mnogości pozycji właściwie trudno znaleźć coś dla siebie. Komu zaufać? Kogo posłuchać?

Nie kupuję książek kucharskich w ciemno. Sceptycznie podchodzę też do książek z przepięknymi zdjęciami, bo nie mam zamiaru spędzać kilku godzin każdego dnia w kuchni. Raczej zniechęcam się do pozycji, w których natykam się od razu na kilkanaście nieznanych produktów, które znaleźć można tylko w dziale z ekologiczną żywnością i trzeba za nie zapłacić jak za zboże. Nie wspominając już o książkach amerykańskich guru, w których wymaga się zakupu niedostępnych w Polsce produktów.

Rozsądnie postanowiłam też podejść do detoksu. Żadnych diet cud, dwóch liści sałaty na śniadanie i porcji wielkości dziecięcej piąstki. Mój wybór padł na kaszę jaglaną. O świetnych właściwościach zdrowotnych, a przy tym łatwo dostępną i względnie tanią. Przewodnikiem tygodniowego detoksu miała być dla mnie książka Marka Zaremby „Jaglany detoks”. Piękne zdjęcia. Dostępne składniki. Proste na pierwszy rzut oka przepisy. Uzupełnieniem przepisy na soki z książki „Koktajle dla zdrowia i urody”. W zeszłym tygodniu, kiedy wszystko planowałam, byłam wyjątkowo pozytywnie nastawiona i ciekawa. Ale zapał niestety spadał wraz z czytaniem teorii.

„Jaglany detoks” nie jest typową książką poświęconą zdrowemu żywieniu. Autor do diety podchodzi w sposób holistyczny i gorliwie przypomina, że człowiek jest nie tylko tym, co je, ale i tym, co czuje. Jak jednak nie przeczę, że stres i emocje mają wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie, tak nie rozumiem już dlaczego autor uczynił ze swojej książki narzędzie do krzewienia chrześcijańskiej wiary i pokazywania co jest dobre, a co złe. Szkoda, bo misja i przesłanie rzucają cień na to, co w książce jest najbardziej wartościowe. I nie jestem odosobniona w tej opinii.

Jakie są więc plusy „Jaglanego detoksu”? Przede wszystkim rzetelnie zebrane informacje o produktach spożywczych, tabele produktów i ciekawe przepisy. Dania są pyszne, pachnące, lekkie, a jednak wyjątkowo zdrowe. Z przyjemnością będę wracać do zup i warzywnych dań głównych. Bo już dla nich samych warto sięgnąć po „Jaglany detoks”.

Zaremba obiecuje świetne efekty po tygodniu. Ale ja dochodzę do wniosku, że nie ma dróg na skróty. Tylko tydzień z kaszą jaglaną to w rzeczywistości aż tydzień z kaszą jaglaną. Mniej więcej w połowie detoksu, choćby nie wiadomo jak pyszna, zaczyna się na nią patrzeć z pytaniem w oczach „znowu kasza?”. A sama lekkość również okazuje się uciążliwa. Bo jak nie spojrzeć, program Zaremby to niemal dla każdego radykalna zmiana – większość przepisów to jednak dania wegańskie. Zero nabiału. Zero jajek. Nawet jak wybierze się wersję mięsna, to nieśmiało pojawiają się tylko w kilku przepisach drób i ryby.
Codzienne (niezdrowe) nawyki też raczej nie pomagają. Bo ciężko np. odstawić z dnia na dzień kawę. Rzucić obowiązki i codziennie przez kilka godzin urzędować w kuchni. Przez tydzień to przejdzie, ale dłużej to już niekoniecznie.
Z pewną ulgą stwierdzam, że detoks nie jest dla mnie. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie metoda małych kroków. Stopniowe ograniczanie, a jeszcze bardziej zastępowanie jednych produktów innymi. Może i człowiek jest słaby, brakuje mu dyscypliny, ale na szczęście jego organizm bywa mądrzejszy. Wystarczy nauczyć się go słuchać. A reszta – energia, witalność, optymalna waga – przychodzą same. Bez wyrzeczeń. Bez ograniczeń.

Bo głównie dzięki tej wielkiej popularności książek kucharskich w końcu można włożyć między bajki twierdzenie, że wszystko co dobre jest niezdrowe. Nieprawda. Wystarczy sięgnąć po pierwszą lepszą książkę kucharską ze zdrowymi przepisami i popatrzeć na zdjęcia. A oczy same zaczynają jeść.