Pierwsza osoba liczby pojedynczej

Pierwsza osoba liczby pojedynczej, Haruki Murakami

Nie raz już pisałam, że uwielbiam potężne książki. Ale ponieważ trochę ich już w tym roku zaliczyłam, coraz bardziej doceniam książkowy lżejszy kaliber. Lżejszy przy tym wcale nie znaczy, że gorszy ani mniej ambitny. Zwłaszcza jeśli coś takiego wydaje jeden z moich ulubionych autorów.

Haruki Murakami towarzyszy mi już od ponad 10 lat. Uwielbiam jego pierwsze powieści i fantastyczną trylogię 1Q84. Dzięki niemu na nowo odkryłam też opowiadania. Szczerze mówiąc, nie sięgałam po nie za często i przez wiele lat kojarzyły mi się ze szkołą i mało porywającymi historiami z epoki pozytywizmu.

Tymczasem Murakami nawet z tym niepozornym, a jednak wyjątkowo trudnym gatunkiem potrafi zdziałać prawdziwe cuda. I ma w tym sporą wprawę, bo niektóre zbiory śmiało mogą równać się objętością z jego większymi powieściami.

Najnowszy zbiór „Pierwsza osoba liczby pojedynczej” jest tym razem niewielki. Kolorem i objętością przypomina trochę wydane wiele lat temu „Wszystkie boże dzieci tańczą”. I niewątpliwie okazał się bardzo miłą niespodzianką. W książce znalazło się 8 opowiadań, a każde z nich to w zasadzie kwintesencja tego, co serwuje nam Murakami od lat.

Spoiwem jest oczywiście charakterystyczny styl pisania. Chłodny, wyważony i oszczędny. Ale tematyka opowiadań jest już bardzo różnorodna. Niektóre historie są ponure i smutne w ten jeden, niepowtarzalny dla Murakamiego sposób, inne balansują na granicy realności i fantazji, jeszcze inne są tak absurdalne, że aż zabawne. Są w tych opowiadaniach smutek, tęsknota, miłość, śmierć, marzenia i muzyka. Murakami pięknie bawi się słowem i pięknie bawi się z czytelnikiem, a w wielu miejscach nie tylko go zagaduje, ale nawet zawadiacko puszcza do niego oko. Bez zadęcia i moralizatorstwa, w typowy dla siebie prosty sposób, który od zawsze ma nieprawdopodobną siłę rażenia i wyrazu.

Czasami grube, wielotomowe powieści można porównać do rozpisanych na kilka sezonów seriali. Opowiadania są przy nich jak kilkuminutowe teledyski, które też mają pewne miejsce w kulturze popularnej. W przypadku najnowszych opowiadań Murakamiego to muzyczne porównanie jest tym bardziej trafne, że wiele z nich dosłownie skrzy się od dźwięków – od jazzu, przez klasykę po nieśmiertelnych the beatles. Co najmniej kilka razy łapałam się na tym, że przewracając strony nuciłam jakąś melodię w myślach albo szukałam mniej znanego utworu na youtube, żeby mocniej poczuć klimat kolejnej historii.

Chociaż Haruki Murakami jest już od wielu lat literacką gwiazdą, to wciąż spotykam osoby, które o nim słyszały, ale jeszcze nie czytały. Kiedyś starałam się polecać im jedną z powieści, która zrobiła na mnie największe wrażenie, teraz coraz częściej dochodzę do wniosku, że najlepszą reklamą Murakamiego są jednak jego opowiadania. Na tyle niewielkie, że nie trzeba się dla nich specjalnie wysilać, ale tak dopracowane, że można się w nich zanurzyć, zakochać i wciąż wołać o jeszcze. „Pierwsza osoba liczby pojedynczej” to właśnie taki zbiór. Dla początkujących i koneserów, którym Murakamiego nigdy dość.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu MUZA.