Paryski architekt, recenzja

Paryski architekt, recenzja

O drugiej wojnie światowej napisano i powiedziano już chyba wszystko. Były wstrząsające reportaże, niezapomniane dzienniki, niezwykłe powieści i szokujące filmy, które wykorzystywały najnowocześniejsze efekty specjalne.

Ale wyobraźnia ludzka nie zna granic. Dowód? Chociażby książka „Złodziejka książek”, która zrobiła furorę w literackim świecie, doczekała się ekranizacji, a w dodatku już zaliczana jest do klasyki. Choć sama w sobie straszna, to wojna była i będzie nadal bardzo wdzięcznym tematem dla powieści. Z wojną w tle nawet najbardziej nieprawdopodobne metamorfozy bohaterów są możliwe, tak samo wiarygodnie można przedstawić ich jasną i ciemną stronę, wyeksponować największe słabości, najsubtelniejsze emocje, żale i cierpienia.

Niedawno w polskich księgarniach pojawiła się książka „Paryski architekt” Charlesa Belfoure’a. Powieść trafiła na listę bestsellerów, docenili ją krytycy z New York Timesa. Doczekała się wielu tłumaczeń. Chociaż opowiada o wojnie, to nie jest tylko kolejną ciekawą powieścią o drugiej wojnie światowej.

Przede wszystkim ciekawe jest już samo miejsce akcji. To nie Warszawa znana z naszych rodzimych reportaży, filmów i powieści, lecz Paryż. Stolica mody, ukochane miejsce intelektualistów, artystów i przedstawicieli wyższych sfer. A jednocześnie stolica wolności. Miasto nierozerwalnie związane z walką o szczytne ideały.

Bohaterowie też nie są zwyczajni. To towarzyska śmietanka. Pojawia się projektantka mody, niemieccy oficerowie, ale zainteresowani sztuką, architekci, bogacze, od których los nagle się odwrócił i odebrał wszystko, na co pracowali przez wiele lat.

Wojna jest dla nich raczej niedogodnością, ale nie ma znamion tragedii. Dopiero wraz z akcją zaczynają się stopniowo zmieniać, rozumieć, ujawniać szlachetne lub odrażające cechy charakteru. W powieściach wojennych najbardziej lubię, kiedy bohaterowie nie są jednoznaczni i stereotypowi. W “Paryskim architekcie” właśnie takich wielowymiarowych postaci nie brakuje. Nie wiadomo do końca, kto jest dobry, a kto zły, a autor wielokrotnie potrafi nas zaskoczyć. Chociaż Belfoure to zawodowy architekt, to jednak potrafi wkraść się w głąb umysłu bohaterów, odmalować ich lęki, obawy, nadzieje, smutki i radości. Nie tylko wiarygodnie. Ale również lekko, z uśmiechem, albo tak, że po plecach przechodzą ciarki.

Ale o czym właściwie jest ta powieść? Jak sam tytuł wskazuje o architekcie. Który właściwie przez przypadek zaczyna pomagać Żydom, konstruując dla nich kryjówki w domach w całym Paryżu. Początkowo tajna misja miała być dla niego trampoliną do nowych i dużych zleceń, z czasem jednak przez przypadek zaczyna poznawać osoby, którym ratuje życie, rozumieć, współczuć, a nawet chronić ich, mimo że sam naraża przez to swoje życie. Dzięki tym nowym doświadczeniom nie tylko poznaje siebie, odzyskuje szacunek do siebie, ale i zaczyna dostrzegać cienką linię jaka oddziela to, co dobre, od tego, co złe.

I jakże by inaczej, również na kartach „Paryskiego architekta” pojawiają się miłość, przyjaźń, poświęcenie, szlachetność. Bohaterom tej powieści się kibicuje, drży się razem z nimi. Przyprawiają o szybsze bicie serca, kiedy tylko wpadają w tarapaty. „Paryski architekt” to wyjątkowa powieść. Przyjemna, wciągająca, momentami zabawna i wzruszająca, ciepła, mimo trudnej tematyki.

Taki trochę klasyk, w bardzo dobrym wydaniu.