Pandora recenzja

Pandora, M. R. Carey, recenzja

Horrorów staram się nie oglądać, bo zwyczajnie się boję. Po thrillery i kryminały sięgam od wielkiego dzwonu. Ale jak już to robię, to biada słabym intrygom, nieskomplikowanym bohaterom i naiwnym problemom. Jak historia nie wciśnie mnie w fotel i nie wywoła dreszczy na plecach, to nie uznam jej za dobrej.

Po „Pandorę” sięgnęłam z kilku powodów. Zainteresowała mnie notka na tylnej okładce. Zaciekawił mnie sam autor. I wreszcie spodobała mi się żółciutka, pełna energii okładka. Nie spodziewałam się jednak historii, którą dostałam.

„Pandora” zaczyna się dość niepozornie. Ale i tajemniczo. Trafiamy do bardzo dziwnej szkoły, w której dzieci mieszkają w celach, a do sal lekcyjnych przywozi się je mocno przywiązane do wózków. Jeszcze dziwniejszy jest zakres przerabianego materiału – podręczniki przekazują wiedzę sprzed 30 lat. Jeśli do tego dodać nietypową kantynę, w której dzieci dostają na obiad larwy, to w głowie zapala się czerwona lampka i rodzą się kolejne pytania:
– co jest nie tak?
– jaki problem mają dzieci?
– co się stało ze światem?
– czemu służą te dziwne praktyki?
– czy cała historia sensownie się rozkręci, czy strona po stronie będzie coraz bardziej dziwaczna?

Jak zazwyczaj w książkę wciągam się średnio około 40. strony, to w przypadku „Pandory” musiałam poczekać dłużej. Pierwszych 80 stron czytałam przez miesiąc i jakoś nie czekałam niecierpliwie, żeby przekonać się, co będzie dalej. Ale po tej 80. stronie przepadłam.

Narastały we mnie na zmianę ciekawość, niesmak, obrzydzenie, strach i podziw dla wyjątkowej wyobraźni autora. Bo Carey nie przedstawia naszego świata. Pokazuje niby nasz świat, ale po wielkim załamaniu. Świat, który czeka, żeby zbudować go na nowo. Ludzie to wymierający gatunek. Zastąpili ich głodni. Specyficzna odmiana zombie, których mózgami zawładnął podstępny grzyb-pasożyt o trudnej do wymówienia nazwie.

Carey upiorną kreską rozrysował wizję nowego świata. I nakreślił postacie bohaterów. Skomplikowanych, niejednoznacznych. Którymi kierują różne motywacje. Trudno ich lubić albo nie lubić. Trudno ich ocenić. Jeszcze trudniej stwierdzić, że ich się zna, bo wszyscy zaskakują praktycznie do ostatniego momentu.
Są raz silni, a raz słabi. Wystraszeni albo zdeterminowani. Przerażeni zrezygnowani albo opanowani chęcią przetrwania. A na pewno zagubieni, w jakiś sposób samotni i niedocenieni. Każdy skrywa jakąś tajemnicę. Każdy potrafi zaskoczyć. Nikomu nie można do końca ufać.

Mit o Pandorze w książce przewija się od samego początku. Ale dopiero przy ostatnich stronach powieści uderzyła mnie trafność tego tytułu. Carey świetnie pokazał bezwzględność praw natury. Gdzie to silniejszy i sprytniejszy wygrywa, a wartości niosą ze sobą tylko kłopoty.

„Pandora” mnie wciągnęła. Chociaż pochłonęła to znacznie lepsze słowo. Ale czy przeczytałabym ją drugi raz? Niekoniecznie. Chyba bym zwyczajnie się bała. Wystarczy, że już teraz zaczynam mieć poważne obawy, że mobilne laboratoria, wygłodniałe potwory, krwiożercze dzieci i podstępne pasożyty zaczną mi się śnić po nocach.

Jeśli lubicie powieści z dreszczykiem, to polecam. Ale na własną odpowiedzialność 😉

Opublikowane: 19.07.2016

  • Pani Komoda

    Zapowiada się ciekawie :)

    • i mrocznie, spore wrażenie zrobiła na mnie ta powieść, chociaż nie jestem fanką tego gatunku;)