żużel

Oż te emocje… Walka aż do ostatniego biegu

Wiele lat temu zdarzało mi się słuchać relacji radiowych na żywo z meczów żużlowych. Wówczas gigantem był klub z Leszna, a zielonogórski Falubaz dopiero rozgaszczał się na dobre w Ekstralidze. Od tego czasu wiele się zmieniło. Bardzo wiele.

ZKŻ na zmianę piął się w górę i spadał w rankingu, a chociaż wczoraj był zdecydowanym faworytem, to do ostatniego biegu walczył o zwycięstwo, z Rybnikiem, doświadczonym rywalem, który w tym sezonie jako beniaminek wraca do gry. Okazuje się, że nie tylko piłka jest okrągła. Te same zasady obowiązują w żużlu, a chwila nieuwagi wystarczy, by stracić cenne punkty.

Nie lekceważ bieniaminka…

Nie tylko dla fanów ZKŻ jeszcze do soboty oczywiste było, że to klub z Zielonej Góry wygra niedzielny mecz. I to bardzo wysoko. Jakież więc było zdziwienie, kiedy w pierwszych biegach to klub z Rybnika był na prowadzeniu, a żużlowcy z Zielonej Góry ledwie przywozili remisowe 3 punkty. Nie sprzyjała im ani technika (defekty i szwankująca maszyna startowa), ani pogoda (mimo że wiosna zaczęła się już ponad miesiąc temu, to wbrew wszelkim prognozom zaczął sypać śnieg, a w pewnym momencie zawody stanęły pod znakiem zapytania). Nie mówiąc już o tym, że jeden z mocniejszych zawodników, Jarosław Hampel, wciąż jeszcze leczy się z kontuzji, a zespół jechał w osłabionym składzie. Mniej więcej w połowie meczu to Falubaz zaczął wysuwać się na prowadzenie, ale punktowa przewaga stopniała jeszcze w przedostatnim, 14. biegu. Ostatecznie Falubaz wygrał 46:43, a chociaż na twarzach zielonogórskich kibiców chociaż zawitały uśmiechy, to miały odcień smutku i przygnębienia. „Bo jak to tak. Przecież Rybnik to beniaminek. Jak przyjdzie Leszno, to dostaniemy baty…” – można było usłyszeć urywki rozmów.
Co nie zmienia faktu, że mecze, w których walka toczy się do samego końca, należą zawsze do tych najbardziej emocjonujących. A cieszą w nich nie tylko kolejne wygrane w biegach, ale i ostra rywalizacja, kiedy żużlowcy niepokojąco zbliżają się do siebie na wirażach i starają się wyprzedzić rywali na ostatniej prostej…

Emocje i uśmiech falubaziaka

Chociaż ryk motorów słyszałam niemal w każde wiosenne i letnie niedzielne popołudnie, to jakoś Stadion przy ul. Wrocławskiej 69 nie był mi jakoś nigdy po drodze. Do wczoraj. A chociaż nastawiałam się, że być może wrócę mocno przyprószona kurzem i z przytępionym słuchem, to nie stało się ani jedno, ani drugie. Zamiast tego podczas każdego biegu wypatrywałam czerwonego i niebieskiego kasku. Zresztą nie tylko ja. Urzekające jest to, jakich oddanych kibiców ma zielonogórski klub. Ci najlepiej zorganizowani mają swoje sektory, swoje transparenty i swojego dyrygenta. Dzielnie kibicują przez cały mecz, a w tych najgorętszych momentach porywają całą resztę stadionu. Ale ZKŻ ma też swoich małych, wiernych kibiców, falubaziaków, którzy z nie mniejszym zaangażowaniem kibicują swoim faworytom. Bo w przypadku Zielonej Góry, żużel to nie tylko kolejna dyscyplina sportowa, ale rodzinne wydarzenie, na które przyprowadza się nawet maluchy opatulone biało-żołto-zielonymi szalikami. Czarujący widok, zwłaszcza wtedy, kiedy taki mały falubaziak podnosi ręce i zaczyna skandować „Fa-lu-baz, Fa-lu-baz”.