Ostre przedmioty, Gillian Flynn recenzja blog z recenzjami blog książkowy

Ostre przedmioty, Gillian Flynn

„Zaginionej dziewczyny” nie czytałam. Ale widziałam całkiem niezły film nakręcony na jej podstawie. W myśl zasady, że adaptacje książki są zwykle słabsze od pierwowzoru, pomyślałam sobie, że Gillian Flynn musi świetnie pisać. Zamiast po „Zaginioną dziewczynę” sięgnęłam jednak po „Ostre przedmioty”, do których wydawca zachęca tajemniczym mottem, że „zło czai się wszędzie”.

„Ostre przedmioty” przeleżały u mnie na półce co najmniej kilka tygodni. Nie wiem właściwie jak to się stało, że tam wylądowały. Kiedy je kupowałam, wybierałam książki pozytywne, optymistyczne, które osłodzą mi czas tuż po porodzie. „Ostre przedmioty” nijak się do tego mają. Zadecydował impuls. I dobrze, bo „Ostre przedmioty” to naprawdę niezła powieść.

Na pierwszy rzut oka „Ostre przedmioty” to historia kryminalna, której głównym wątkiem jest znalezienie zabójcy dziewczynek z zapyziałej miejscowości gdzieś na prowincji Stanów Zjednoczonych. Rozwiązania zagadki podejmuje się Camille. Dziennikarka z Chicago, pracująca dla gazety, której nikt nie czyta. Jak szybko się okazuje, Wind Gap, w którym doszło do morderstw, to jej rodzinna miejscowość, do której wcale nie ma ochoty wracać. I to nie tylko dlatego, że to małe miasto bez przyszłości. Jest jeszcze coś. Bolesne wspomnienia z dzieciństwa, od których chce się raz na zawsze odciąć. I matka, z którą relacja nie ma w sobie ani grama prawdziwego ciepła.

„Ostre przedmioty” niestety miejscami przypominają mi „Dziewczynę z pociągu”. Niestety, bo właśnie ta druga powieść okazała się dla mnie jednym wielkim rozczarowaniem i do dziś jest dla mnie zagadką, dlaczego odniosła tak wielki sukces na całym świecie. W tym porównaniu jednak „Ostre przedmioty” wypadają o niebo lepiej. Camille ma swoje wewnętrzne demony, grzeszki na koncie, a umysł rozjaśnia kolejnymi łykami bourbona, ale mimo to budzi sympatię. A przy okazji świetnie opowiada, bo Flynn to właśnie jej oddaje głos w swojej powieści i dobrze na tym wychodzi.

Pierwsze, co zasługuje na uwagę w tej powieści to oczywiście miasteczko Wind Gap. Ponure już z nazwy, małe, zapyziałe, bez przyszłości, zamieszkane przez ludzi, których charaktery z tą mało ciekawą scenerią tworzą zaskakująco harmonijną całość. Dawno nie spotkałam się w książce z tak mało sympatycznym miejscem akcji. To jednak oczywiście zaleta „Ostrych przedmiotów”.

Wind Gap to jednak w tej powieści tylko i aż znakomicie skreślone tło. Powieść bardzo szybko zaludniają wyraziste postaci – jedne noszą w sobie zagadkę, inne mroczną przeszłość, pozostałe dają się kierować niskim instynktom i są mocno zakompleksione albo okrutne. Ich relacje są chłodne, na pokaz, wycelowane raczej w budzenie zawiści niż ciepłych uczuć. W dodatku autorka przejaskrawiła je do granic możliwości. Dzięki temu charaktery postaci tej powieści to nie tylko ciekawy materiał do analizy dla psychologów. Flynn ukazała je tak, że perypetie bohaterów są miejscami nie ponure i nudne, a zwyczajnie zabawne i zaskakujące.

Wreszcie „Ostre przedmioty” to nietypowa opowieść o kobiecych relacjach. Matek z córkami, córek z matkami. Relacji między koleżankami, siostrami, przyjaciółkami. Jak łatwo się domyślić, każda jest bardzo daleka od ideału, a przez to bardzo ciekawa. Interesująca jest niewątpliwie postać samej Camille. Respekt budzi jej doskonała w każdym calu matka – Adora. Skrajne emocje budzi Amma, przy której powieściowa Lolita Nabokova to wcielenie cnót wszelakich.

Opowieść doskonale spina w całość nietypowa atmosfera. Jest ponura i gęsta, akcja niespiesznie się rozwija, a Flynn bawi się z czytelnikiem, który z każdą kolejną stroną coraz częściej zaczyna zadawać sobie pytanie „kto zabił?”. W „Zaginionej dziewczynie” Flynn pokazała, że potrafi zaskoczyć. „Ostre przedmioty” tylko to potwierdzają. A ja mam wyjątkową ochotę, żeby zobaczyć serialową wersję powieści, bo mam mocne przeczucie, że moja subiektywna lista udanych adaptacji książek wkrótce się wzbogaci o nowy tytuł.