bańka mydlana

Oni

Są wszędzie. I zawsze coś do nich mamy. Bo mają za dużo. Bo robią coś lepiej albo gorzej. Bo inaczej patrzą na świat. Bo pochodzą z zupełnie innej rzeczywistości, do której my nie mamy wstępu albo nie zamierzamy do niej zaglądać nawet w najkoszmarniejszych snach.

Czasami milczą. Czasami działają nam na nerwy. Czasami sprawiają, że nagle zmieniamy raz obrany kierunek drogi, żeby tylko ich nie spotkać.

Oni. Jacy są naprawdę? Czy tacy inni? Czy tacy gorsi? Czy tacy lepsi? Co nas w nich drażni? Czy faktycznie oni, czy nasze niespełnione ambicje, własne wady i braki? Lęki i strachy, ciemne emocje, o które sami siebie nie podejrzewamy?

Bardzo cienka jest granica między ja i oni. Czasami to tylko iluzja. Złudzenie optyczne. Słabe usprawiedliwienie, które pozwala przymykać oko na to, czego w sobie nie lubimy. Gładko zamiatać pod dywan to, o czym nie chcemy pamiętać.

Wymówka dla umysłu.
Bo tak łatwo dzieli się świat na czarne i białe. Ja i oni. Dobre i złe. Ładne i brzydkie. Mądre i głupie.

Aż za łatwo.

Tymczasem, gdzieś tam daleko, w galaktykach ich umysłów jestem sobie pyłkiem kurzu.
Albo niewidzialną bańką.
Albo w ogóle nie istnieję.

Albo przeciwnie.
Jestem odgrodzonym niewidzialną barierą nieruchomym posągiem. Bo kiedyś czegoś nie zrobiłam. Nie powiedziałam. Nie zwróciłam uwagi, chociaż po czasie gdzieś z tyłu głowy mi przemknęło, że jednak powinnam. Ale było już za późno.

Oni to wyzwanie.
Fajnie się obala te pierwsze wrażenia.
Przebija mur i odkrywa, że za ścianą, gdzie mieszkają oni też świeci słońce. Pada deszcz. Wieje wiatr, a życie toczy się swoim tempem.
Ani lepszym, ani gorszym. Po prostu innym.

I wtedy dzieje się coś niezwykłego. Jedna z baniek mydlanych nagle pęka. A w miejsce „ich” pojawiamy się „my”.
Za jakiś czas znów się rozdzielamy. I szukamy nowej grupki, którą będziemy pokazywać palcem i mówić „oni”. Wszystko jednak do czasu.

Od czasu do czasu łapię się na tym, że wpadam w schemat ja-oni. Najczęściej nieświadomie. Drepczę w miejscu i samą siebie pytam „po co mi to?”.
Ale póki co, prędzej czy później, robię ten pierwszy mały krok.

Ale nie dla nich.
Wtedy jeszcze robię go dla siebie.
A potem nagle odkrywam, że znowu jest fajnie. Znacie to uczucie?