Nigdy dość

Nigdy dość. Historia The Cure. Jeff Apter

To będzie nietypowa recenzja, bo nietypowe były też okoliczności, w jakich czytałam książkę „Nigdy dość”.
The Cure polubiłam już ładnych parę lat temu. Samą książkę „Nigdy dość” upolowałam dawno temu w jednej z klimatycznych księgarni w sercu Poznania. Z czytaniem czekałam praktycznie do teraz. Kiedy wiedziałam już na pewno, że zobaczę The Cure na żywo. I to w dodatku nie w Polsce, a w Budapeszcie.

Nawet jednak bez takiej podkładki książka Jeffa Aptera jest dokładnie taką muzyczną biografią, jak lubię. Konkretną, miejscami zabawną, z licznymi wywiadami, fajnie oddająca klimat dawnych lat i miejsc, które muzycy odwiedzają rozklekotanymi furgonetkami. Miejsc, o których marzą, a potem odwiedzają je jako światowe gwiazdy.
Podczas czytania można się wiele razy uśmiechnąć, wiele razy zdziwić, wiele razy czytać z niedowierzaniem jeszcze raz to samo zdanie. Jednocześnie to kopalnia wiedzy o fenomenalnych i ekscentrycznych muzykach, których trudno pomylić z kimkolwiek innym.

”Nigdy dość” to około 300 stron lektury zamkniętych w dwunastu rozdziałach. Historia zafascynowanych muzyką chłopców z Crowley, którzy sami stali się gwiazdami, byli na krawędzi, spełniali marzenia, ale i nie raz wpadali w tarapaty wielkiego świata. Ciekawa i żywa opowieść, w której sporo jest wywiadów, ale i nie brakuje rzetelnych analiz kolejnych muzycznych krążków, singli i koncertowych tras.

The Cure z ekscentrycznym Robertem Smithem na czele to niewątpliwe gwiazdy muzyczne. Z typowymi dla nich problemami. Którym pozwala się na więcej i wybacza się więcej. Ale jednocześnie to gwiazdy sympatyczne. Wyraziste. Jedyne w swoim rodzaju. Które z wyjątkową energią potrafią śpiewać bardzo smutne piosenki.

***

Książkę przeczytałam. Od koncertu minęło już kilka dni. A ja jak zawsze trochę dziwię się, że byłam częścią magicznego wydarzenia, trochę wspominam i z wyjątkową przyjemnością wracam do krótkich muzycznych filmików z „Lullaby” i „In between days”, które jak łup są zapisane w pamięci mojego telefonu. Jak zawsze po każdym takim wydarzeniu zupełnie inaczej słucha mi się piosenek, które widziałam na żywo. W Budapeszcie The Cure zagrali łącznie 31 kawałków. Trzykrotnie wychodzili i wracali na scenę. Dali najdłuższy i zdecydowanie najgłośniejszy koncert, na jakim kiedykolwiek byłam.

Tych 31 piosenek teraz już zawsze będzie brzmiało w moich uszach inaczej. Lepiej, mocniej, ciekawiej. I pewnie nie będę miała ich nigdy dość.

Setlista, The Cure, 27.10.2016, Papp László Sportaréna, Budapeszt:

1) Shake dog shake
2) Fascination street
3) A night like this
4) Push
5) In between days
6) Step into the light
7) Pictures of you
8) Lullaby
9) Kyoto song
10) Lovesong
11) Sleep when I’m dead
12) Just ike heaven
13) From the edge of the deep green sea
14) Want
15) The hungry ghost
16) One hundred years
17) Give me it
18) At night
19) M
20) Play for today
21) A forest
22) Burn
23) Never enough
24) alt.end
25) Wrong number
26) The lovecats
27) Friday I’m in love
28) Doing the unstuck
29) Boys don’t cry
30) Close to me
31) Why can’t I be you?