Led Zeppelin I

Muzyczne perełki – Led Zeppelin, I

Niektóre płyty się nie starzeją. A nawet jeśli, to tak jak wino – z wiekiem smakują i podobają się coraz bardziej. Muzyki, ale tak świadomie, zaczęłam słuchać dopiero na studiach. I tych kilka lat wystarczyło, żeby uzbierać kolekcję krążków, które zasługują na miano tych „naj”.

Przesłuchałam je setki razy, przeanalizowałam teksty, dokopałam się do biografii zespołów i genezy poszczególnych utworów. I jeszcze nie mam dość.

Postanowiłam nieco dopieścić poniedziałki i każdego pierwszego dnia tygodnia będę przedstawiać Wam te moje najulubieńsze płyty. Ponieważ nie wiem, od której zacząć, zasugeruję się datą wydania. Jednym ze starszych muzycznych rarytasów na mojej liście jest płyta „I” Led Zeppelin.

Gdy zaczęłam ich słuchać, z piedestału spadło długo uwielbiane Pink Floyd. Nałogowo wręcz, po kilka godzin dziennie słuchałam pierwszych płyt brytyjskiej grupy, która praktycznie od chwili powstania osiągała sukces za sukcesem po obu stronach oceanu. Dlaczego akurat pierwsza płyta? W końcu nie ma na niej nie tylko „Schodów do nieba” i „Kashmiru”, ale nawet „Whole lotta love”?

Bo jak nie spojrzeć to wyjątkowo dynamiczna płyta, która ma urok starych nagrań i niewyczerpane pokłady niesamowitej energii. Jedynką zeppelini przecierali muzyczne szlaki nie tylko sobie, ale i wszystkim innym pasjonatom i profesjonalnym grajkom. Ta płyta jest niczym muzyczny elementarz i drogowskaz w jednym. Chociaż z drugiej strony muzycy mieli z jej powodu sporo problemów. Najpierw posądzano ich o kopiowane cudzych pomysłów, potem okładka nie spodobała się hrabinie von Zeppelin, która nie chciała użyczyć nazwiska swoich przodków do sygnowania tak nieobyczajnego projektu muzycznego…

Na „I” nie ma tych największych hitów, które muszą obowiązkowo znaleźć się na hardrockowych składankach wszech czasów. Ale to nawet lepiej. Zresztą naprawdę dobre piosenki to zawsze pojęcie względne. Osobiście znacznie bardziej niż „Schody do nieba” lubię rozdzierającą balladę z elementami flamenco „Babe I’m gonna leave you”. Znacznie mocniejszą, przepełnioną skrajnym emocjami, w której Robert Plant dał chyba największy wokalny popis w całej swojej karierze.

Nie mniej ciekawy jest „Moby Dick”, pożyczony do czołówki niegdyś popularnego telewizyjnego programu motoryzacyjnego. Utwór o wiele ciekawszy niż „Smoke on the water”, bo faktycznie się rozkręca, a nie kończy zaraz po kilku pierwszych taktach.

Nie sposób opuścić „Good times, bad times”, piosenkę, która w pełnym energii tonie otwiera płytę i bardzo klimatyczne i jednocześnie mroczne „Dazed and confused”, „You shook me” czy „I can’t quit you baby”. Te kawałki to już klasyka, i to już nie Plant jest w nich liderem, a gitara Jimmy’ego Page’a.

Gdzieś kiedyś słyszałam złośliwą uwagę, że gdyby zdjąć wokal i gitarowe solówki, to kawałki zeppelinów byłyby bardzo dobre. Pewnie tak, ale z głosem i gitarą są bliskie ideału.