Music for the Masses

Music for the Masses, Depeche Mode

Z Biblii wywodzi się podział na 7 lat chudych i 7 lat tłustych. W przypadku Depeche Mode ostatnimi czasy, tym rokiem urodzaju jest zawsze co czwarty rok. Bo właśnie co tyle wychodzi kolejna płyta i wraz z jej premierą rusza cała promocyjna machina łącznie z rozpisanymi na cały świat trasami koncertowymi.

DM zaczęłam słuchać, kiedy ich gwiazda już trochę przygasła. Już nie pną się na szczyty list przebojów, częściej można usłyszeć ich w bardziej ambitnych audycjach niż komercyjnych stacjach radiowych. Mimo to jednak Depeche Mode nawet po latach nie mają problemu z zapełnieniem największych stadionów. Gwiazda przygasła, ale mówiąc marketingowym językiem, marka DM ceniona jest bardzo wysoko.

Na 17 marca zaplanowana jest premiera najnowszej płyty. Polecę po nią jak na skrzydłach, chociaż gdzieś w głębi czuję, że to już nie będzie to, co kiedyś, na przełomie lat 80. i 90., kiedy DM byli u szczytu popularności, a ja byłam zaledwie kilkuletnim szkrabem, do którego raczej nie przemawiali pozytywnie ubrani w skóry faceci z dziwnymi fryzurami.

Ich płyt słucham fazami. Może to skradająca się powoli wiosna sprawia, że ostatnio mam dziwny apetyt na krążek „Music for the masses”. Chyba jeden z bardziej dynamicznych, energetycznych, z fantastycznymi piosenkami „Strangelove”, „Behind the wheel”, „Nothing”, „Pleasure, little pleasure” i „Never let me down again”.

Może swój udział ma w tym wielka wewnętrzna ochota młodego kierowcy, który aż pali się, żeby usiąść za kierownicą i naciskać pedał gazu do słów „My little girl, drive anywhere, do what you want, I don’t care…”

Może gra rolę wspomnienie fenomenalnych teledysków, z których właściwie każdy jest niesamowitym kilkuminutowym filmem z jeszcze bardziej niesamowitą muzyką.
A może zatęskniłam zwyczajnie za tymi mroczniejszymi utworami, które jak np. „Sacred” wspaniale się rozwijają.

A może zadziałało wszystko po trochu.

Jedno nie ulega wątpliwości. Nadeszła u mnie właśnie faza na „Music for the masses” i na pewno szybko się nie skończy. Zdumiewa mnie i jednocześnie bardzo cieszy fakt, że płyta jest niemal moją rówieśnicą. I tak się przyjemnie składa, że upływający czas jej wcale nie szkodzi. Nie słychać w niej tych zabawnych i dziecinnie naiwnych nut typowych dla wielu cukierkowych hitów z lat 80. Ale jest za to charakterystyczna depechowa głębia, która dopiero zaczynała rozkwitać na dobre, by za kilka kolejnych lat zachwycić, porazić i wstrząsnąć m.in. w „Enjoy the silence”.

Znam, kocham, polecam. W nienormowanych ilościach.
Nie ma efektów ubocznych, ale mocno uzależnia.