Kołobrzeg

Szumiące morze, mewy, skrzypiący pod stopami piasek…

Dysk komputerowy to kopalnia. Skarbnica bez dna. Niewielkie pudełko, które może pomieścić wszystko, co wypełnia mieszkanie, dom czy składa się na całe nasze życie.
Praktycznie. Funkcjonalnie. Ale jakoś tak strasznie.

Przeglądając dziś pliki z dawno zapomnianych folderów, które w wielu miejscach na dysku czekają cierpliwie na uporządkowanie, natknęłam się na zdjęcia, które kilka lat temu, jeszcze zupełnie nic nie wiedząc o fotografii, cyknęłam nad morzem. Zwykłym kompaktem. Bez żadnych dodatkowych efektów.

Patrzyłam na te zdjęcia i patrzyłam. I odpływałam myślami coraz bardziej. Bo bardzo dobrze pamiętam ten zachód słońca. Ten spacer po kołobrzeskiej plaży. Mewy, które nagle zerwały się do lotu. Molo w tle. Ciepły piasek. Szumiące morze. I ten spokojny letni wiatr.

To był tylko kilkudniowy wypad, mała odskocznia od codzienności za śmiesznie niskie pieniądze (jak ja tęsknię za legitymacją studencką…). A tak zapadł w pamięć. Kilka dni minęło i co się stało? W piątek po południo siedzę w najlepsze w domu i przeglądam stare pliki. Wspominam sobie przeszłość, zamiast zaplanować coś na teraz.

A morze wcale nie jest aż tak daleko. Jest bliżej niż się wydaje. Szumi. Pieni się. Zmywa piasek z brzegu…

Czasami spotykam bardzo pozytywnie zakręcone osoby, które mawiają, że po prostu biorą mapę, sprawdzają, jaka nadmorska miejscowość w linii prostej jest najbliżej ich miejsca zamieszkania, pakują torbę i jadą. Skoro świt. Przez kilka godzin. Wieczorem wracają. A przez kolejne dni tylko tajemniczo się uśmiechają.
Bo się wyrwali z codzienności. Bo zrobili coś inaczej. Bo chwycili chwilę i wycisnęli z niej wszystko, co najlepsze. Bo niektórzy patrzą na nich z politowaniem i przypinają łatkę szalonych wariatów.

Podoba mi się to ich wariactwo. Spontaniczność. Otwartość na świat i to, co oferuje każdego dnia. To nie jest tak, że trzeba czekać na zmiany, wszystko mozolnie planować i wypatrywać efektów, które dopiero majaczą gdzieś na horyzoncie. Zakasać rękawy i zapomnieć o reszcie w imię wyższego celu. Skupiać się na działaniu i wybrać sobie odroczoną nagrodę. Trzeba i warto to robić. Dla siebie i własnej satysfakcji.
Ale przy okazji dobrze jest też wydrzeć taki jeden dzień z kalendarza. Żeby zniknąć. Zrobić coś inaczej. Żeby naładować akumulatory. Filuternie się uśmiechnąć. I poczuć pulsujące w żyłach życie. Które jest piękne cały czas, 24 godziny na dobę, a nie tylko wtedy, kiedy świętujemy wyczekiwane miesiącami sukcesy.

Wiecie co? Chyba wezmę linijkę i sprawdzę na mapie, jaka miejscowość nad morzem jest w linii prostej najbliżej miejsca, w którym teraz jestem. I zniknę sobie na jeden dzień. Któregoś dnia. Pewnie w niedalekiej przyszłości. Może też o tym pomyślcie. Dla zdrowia. Dla siebie.