Miniaturzystka recenzja

Miniaturzystka, Jessie Burton – recenzja

Ta książka od wielu tygodni bije rekordy w czytelniczych rankingach. Od razu ukazała się w 30 językach i zakwalifikowano ją do grupy tych pozycji, dzięki którym zakochujemy się w czytaniu. Powieść ma niewątpliwie doskonałą promocję, ale jednocześnie wysoko postawioną poprzeczkę.

Klimatyczna powieść na Święta

„Miniaturzystkę” znalazłam pod choinką i połknęłam w dwa dni. Była właściwie jak same Święta – dobra i szybko się skończyła. Nie wiem czy można zaliczyć ją do klasyki, która zmienia ludzi, wywraca świat do góry nogami i nie daje o sobie zapomnieć. Z pewnością jednak ma niepowtarzalny klimat.

Kopciuszek z holenderskiej prowincji

W prawie każdej recenzji czy opisach książki w księgarniach internetowych można natknąć się na formułkę w stylu „akcja dzieje się w Amsterdamie w XVII wieku, jej główna bohaterka, dziewczyna z prowincji wychodzi za bogatego kupca, który, nie mając dla niej czasu, prezentuje jej replikę ich domu w miniaturze…”. I tyle.

Amsterdam – czas zatrzymał się w XVII wieku

Nie wspomina się już, że opisywany przez Jessie Burton Amsterdam na kartach książki faktycznie ożywa, serwowane na stołach potrawy pachną, a bohaterowie, zwierzęta i nawet meble są zarysowane tak sugestywnie, że na zawołanie ich obraz można nakreślić w wyobraźni. Tę powieść się nie tylko błyskawicznie czyta, można się w niej zanurzyć i na czas lektury poczuć klimat Amsterdamu sprzed lat, z pewnością o wiele mniej tolerancyjnego niż obecnie.

Historia opowiedziana od końca

Ciekawa jest też sama konstrukcja – powieść zaczyna się właściwie od końca. Jest pogrzeb, są małe dramaty, jest tajemnicza miniaturzystka. Więcej pytań niż odpowiedzi. Warto wrócić do tego fragmentu po lekturze powieści i pokusić się jego własną interpretację.

Obyczajowość i mniejszości wczoraj i dziś

Czytając „Miniaturzystkę”, można wczuć się w samą tylko wyjątkową atmosferę powieści i na tym poprzestać. Dobrze jest jednak zadać sobie również pytania dotyczące zmian w obyczajowości.
To, co na kartach powieści jest piętnowane, dziś może nie spotyka się ze społeczną aprobatą, ale na swój sposób jest już akceptowane. Tych, którzy w “Miniaturzystce” odważyli się żyć po swojemu, spotyka kara. Dziś osoby, które obierają tę samą drogę, może i są na swój sposób samotne, ale jednak cieszą się wolnością, realizują się, wiele im się wybacza i rozgrzesza się ich za niecodzienne słabości. Mam jednak nieodparte wrażenie, że to bohaterowie “Miniaturzystki” są silniejsi, twardsi, mają bardziej niezłomne charaktery, mimo że cały świat się od nich odwraca.
Przedstawiciele mniejszości też nie są już sensacją, nie wytyka się ich palcami, nie wierzy się do końca w dotyczące ich stereotypy, tylko docenia się ich inność i egzotykę.
Co więcej, role zdają się nawet powoli odwracać – mniejszości stają się powoli większościami, ci (a raczej te), którzy nie mieli głosu, coraz bardziej rosną w siłę.

Kobieta architektem swojego życia

Na podstawie „Miniaturzystki” zadumać można się też nad losem kobiet. Dziś, przynajmniej w naszym kręgu kulturowym, to już na pewno nie marionetki w rękach własnych mężów, słodkie dziewczynki, które z zapałem urządzają swoje kosztowne domki dla lalek, maszynki do rodzenia dzieci, a świadome siebie panie architekt, które śmiało, wedle własnych upodobań, mogą projektować swoje życie. Chociaż rodzina to zwykle część życiowego projektu, to jednak kobieta, jeśli tylko zechce, realizować się może na bardzo wielu płaszczyznach, bez obaw, że spełniając swoje marzenia, marnuje życie.

W poszukiwaniu szczęścia

Ponoć świat się zmienia, ale ludzie pozostają tacy sami. Jest w tym i prawda i nieprawda. Zmieniamy się, choć bardzo powoli, odkrywamy nowe drogi, błądzimy, szukamy, pod pewnymi względami stajemy się lepsi, a pod pewnymi gorsi. Na pewno mamy znacznie więcej możliwości, tylko czy z tymi możliwościami jesteśmy rzeczywiście szczęśliwsi? A skoro wszyscy jesteśmy architektami naszych losów, to czy faktycznie chcemy być szczęśliwi? Bo ostateczny wybór należy jednak mimo wszystko do nas.