miłość od pierwszego szczeknięcia

Od pierwszego szczeknięcia

Psiarą byłam od zawsze. Do dziś wystarczy tylko spojrzenie wesołych oczu, radośnie przebierające łapki i wirujący jak śmigło helikoptera ogon, żeby podbić moje serce. Już nawet nie potrafię sobie wyobrazić życia bez zwierzaka, a jeśli kosmatego pieszczocha nie ma blisko przez dłuższy czas, zaczynam tęsknić.

Pierwszy czworonóg w moim domu pojawił się 22 lata temu. Była to kilkutygodniowa dalmatynka, której przez pierwsze dni przy posłaniu ustawiało się tykający zegar, by miała wrażenie, że śpi obok swojej psiej mamy. Później Saba z małego posłanka przeniosła się do łóżeczka dla lalek i bacznie obserwowała, co dzieje się w kuchni. Była strasznym łobuzem. Przepadała za kapciami, skarpetami i poodgryzała nosy kilku moim maskotkom. Miała też niebywały talent – potrafiła śpiewać, kiedy grało się coś na flecie. Ale niemal zawsze wystarczało niewinne spojrzenie bursztynowych oczu, by zapomnieć o wszystkich szkodach.

Jak każde dziecko kochałam bajki Disneya. Wcale jednak nie przepadałam najbardziej za tymi o księżniczkach. Prawie na pamięć znałam za to „101 dalmatyńczyków”. Wróć. Znałam na pamięć i do dziś jeszcze bardzo dobrze ją pamiętam.

Minęło 12 lat. Kiedy więc nasza pierwsza nakrapiana podopieczna przeniosła się za tęczowy most, kilka tygodni wystarczyło, żeby podjąć decyzję o szukaniu kolejnej.

I tu zaczęła się magia. Powszechnie uważa się, że zwierzaka trzeba mieć od szczeniaka, żeby był w pełni nasz. Mawia się, że pies zawsze najbardziej kocha swojego pierwszego pana. Może to i prawda. Ale nigdy tego nie odczułam. Jako druga w moim domu pojawiła się 5-letnia Czikita. Wysoka jak na dalmatynkę, z zabawnymi kropkami na pyszczku, która potrafiła szczerzyć się w uśmiechu na powitanie. Ufna, wesoła, kochana. Właśnie z nią pisałam moje wszystkie prace dyplomowe. Towarzyszyła mi wiernie i cierpliwie. Chociaż nocnym markiem zdecydowanie nie była. Im później, tym bardziej leciała jej głowa ze zmęczenia, ale zaraz ją podnosiła i udawała, że czuwa. Nie spoczęła, dopóki nie zgasiłam światła.

Minęło kolejnych dobrych 7 lat. A miejsce po Czikicie zajęła nowa nakrapiana istota. Mimisia. Tym razem podopieczna fundacji zajmującej się ratowaniem łaciatych czworonogów. Energiczna. Wesoła. Sprytna. Mająca niesamowitą wolę życia.
Z nią jedną zdarzało mi się rozmawiać. Potrafiła modulować głos, pomrukiwać, popiskiwać i podśpiewywać jak operowa śpiewaczka.

Mniej więcej wtedy, kiedy zamieszkała z nami Mimisia, w domu pojawił się jeszcze jeden kudłaty podopieczny. Dorodny golden retriever.
Lider. Bolek. Romuś. Królewicz. Jednostka chrumkająca. Zawsze uśmiechnięty. Dający każdemu łapę. Wpychający się pod ramię, żeby go głaskać i przytulać. Miłośnik wróbelków, kuropatw i bocianów, za którymi gotów jest się rzucić galopem na spacerze.
Razem z Mimisią stworzył w domu efekt przedszkola. Razem się bawili, razem leniuchowali. Razem pędzili do drzwi, kiedy słyszeli, że ktoś wchodzi do domu.

Z tego kochanego psiego towarzystwa na posterunku pozostał tylko Lider. Ale przywitać potrafi za trzech, a jedno spojrzenie dużych brązowych oczu wystarczy, by poczuć się tak jakoś lepiej. Regularnie zaglądam do domu. A Lider czeka. Zawsze się cieszy. I mocno kocha swoim psim serduszkiem.

Niby mawia się, że to człowiek ma psa. Po wszystkich tych latach dochodzę jednak do wniosku, że to pies ma człowieka. Teoretycznie to człowiek jest opiekunem. Ale to działa też w drugą stronę. Bo to w końcu zwierzak przypomina, że trzeba iść na spacer. Oderwać się od codzienności. Potrafi za nas przełamać pierwsze lody. Jest mistrzem uważności. Potrafi cieszyć się chwilą. Być jak beztroskie dziecko. Ufać i kochać. Zawsze.

Dziś dopadła mnie niewyobrażalna tęsknica za psem. Za przebierającymi łapkami, uśmiechniętym pyszczkiem, powiewającymi w ruchu uszami. I postanowiłam coś z tym zrobić. Bo chociaż nie zawsze można pozwolić sobie na zwierzaka w domu, to zawsze można takiego wypożyczyć tylko na spacer. To typowa forma wolontariatu w większości schronisk dla bezdomnych zwierząt.
Wystarczy pojechać, wypełnić dokument, podpisać regulamin, wziąć smycz, wybrać zwierzaka i wyruszyć na długą przechadzkę po lesie.

Moim milusińskim podopiecznym był dziś Raden. Tak ucieszony na myśl o spacerze, że niemal od razu chwycił smycz w ząbki i zaczął wesoło podskakiwać. Niepozorny. Niewielki. Z przyklapniętym uszkiem. Zwyczajny, a jednak uroczy. Energicznie maszerował ze mną przez las przez ponad godzinę.

Czas minął, milusiński powędrował do swojego kącika. A mi została nostalgia. Pewnie do następnej wizyty. Albo momentu, kiedy do domu przywędruje kolejny kosmaty gość. I zatrzyma się na dłużej.