Tubular Bells II, Mike Oldfield

Mike Oldfield, Tubular Bells II

Pytanie za 100 punktów: jaka jest dobra płyta?
Czy to krążek promowany przez stacje radiowe? Niekoniecznie.
Kolejna płyta kochanego zespołu, której bezkrytycznie słuchamy? Również zły trop.
Klasyk, który na dobre wpisał się do historii muzyki? Także ślepy zaułek.
Bo dla mnie niesamowicie frustrujące swego czasu było słuchanie takich muzycznych kamieni milowych, które nijak nie działały na moje zmysły, o wyobraźni nie wspominając.

Dobra płyta powinna mieć w sobie pozytywne wibracje. Bez względu na gatunek, wykonawcę czy obowiązujące muzyczne trendy.

Ostatnio zachwalałam kanadyjski zespół Tunturia, dziś sięgnę nieco głębiej w historię po krążek Mike’a Oldfielda „Tubular bells II”. Bardzo oryginalną kontynuację słynnych dzwonów rurowych. Płytę, która ma już prawie ćwierć wieku, a wcale nie brzmi staro.

Muzyka Oldfielda, przynajmniej te starsze albumy, są dla mnie niemal oddzielnym gatunkiem muzycznym. Płyty różnią się od siebie, każda ma w sobie coś szczególnego, ale zawsze można szybko się zorientować, że może to być tylko Oldfield. Muzyczny geniusz, ale i ryzykant, który śmiało tworzy, daje upust swojej wyobraźni i ma na swoim koncie tak samo dobre, jak i słabsze utwory.

Dlaczego akurat „Tubular Bells II”? Obok „Songs of distant earth” z 1994 roku to moja ulubiona płyta Oldfielda. Bardzo pogodna, lekka i przyjemna, ale i bardzo mocna. Ilekroć jej słucham, nie tylko wyłapuję dźwięki. Ja się w nich zanurzam. Mocno zamykam oczy i błyskawicznie odpływam do zupełnie nowego świata, gdzie największymi wartościami są piękno, miłość i muzyka.

„Tubular Bells II” ma w sobie mnóstwo przestrzeni, zaklętych marzeń i wspomnień, które tylko zapraszają do muzycznej uczty przy wyjątkowo suto zastawionym stole. Nie wiem, ile Oldfield wykorzystał instrumentów do nagrania tej płyty. Ale krążek jest bardzo różnorodny, kawałki rozbudowane, nieprzewidywalne, skomponowane z matematyczną precyzją. Lekko, efektownie i doskonale.

Za co najbardziej lubię „Tubular Bells II”? Oczywiście za całe utwory, ale i niektóre ich elementy, tzw. „moje momenty”, które są tajnym szyfrem do mojego magicznego świata.
Już samo wejście płyty jest mocne. Sentinel jest bardzo dynamiczny. Liczy około 8 minut, ale jakoś ani trochę się nie nudzi. Jest za to różnorodny, bardzo rozbudowany, lekki i bogaty jednocześnie.

Bardzo fajnie rozwija się Clear light. Tu z kolei zauroczyć potrafią kaskady przejrzystych i kryształowych dźwięków, które spadają niczym kropelki deszczu. Można je łapać w dłoń i rozgniatać. Albo patrzeć jak te magiczne dźwięki spadają na ziemię i rozpryskują się w tysiące mikrodźwięków. W porównaniu z tym kawałkiem, następny Blue saloon jest mocno wytłumiony, a nawet brudny, dobiegający z bardzo daleka, niczym ze studni.
Red dawn przy nim to romantyczny, nostalgiczny, rzewny, króciutki, ale zapadający w pamięć kawałek. Muzyczny pejzaż namalowany akwarelą. Delikatny i porażający do głębi jednocześnie.
Ale to wciąż jeszcze nie to, na co się czeka od samego początku płyty. Tytułowy dzwon pojawia się dopiero w kawałku o wiele mówiącym tytule The Bell. Jednak tu również nie dostajemy tego, na co czekamy od razu. Dzwon wchodzi dopiero w finale, dobitnie zaznaczając swoją obecność. To dopiero z nim cały utwór rozkręca się na dobre, a raczej rozkwita mnóstwem kolorowych dźwięków.
Najdziwaczniejszym kawałkiem płyty jest Altered State, ale również i jemu nie można odmówić uroku. Jest dynamiczny, nieprzewidywalny, można w nim wytyczyć dziwaczne zwrotki i zdecydowanie bardziej majestatyczne refreny, które w pewnym momencie łączą się w zaskakującą całość.

„Tubular Bells II” fantastycznie się słucha nawet po latach. A może też właśnie dlatego. Bo ten krążek jest właściwie jak wino i to doskonałego gatunku.