MIka Waltari

Mika Waltari. Niezwykłe opowieści z historią w tle.

Jeśli szukacie dobrych, wielowymiarowych powieści historycznych, to znaleźliście dobry trop. Tego pisarza znam od bardzo dawna. Po kilku powieściach jego książki zaczęłam czytać i kupować w ciemno. Dziwnym trafem jednak jest znany jedynie wtajemniczonym.

A szkoda, bo spod jego pióra wyszły setki stron naprawdę porywających i wyjątkowych historii. Osadzonych w ciekawych czasach, w niezwykłych miejscach. Których bohaterowie bardzo naturalnie żyli i przebywali w towarzystwie tych najbardziej znanych postaci historii.
Waltari pisał z takim rozmachem i polotem, że właściwie zawsze efektem ubocznym był u mnie głód wiedzy. Ale takie powinny być właśnie dobre powieści historyczne, prawda?

Szukałam więc, węszyłam, śledziłam historyczne fakty i jeszcze bardziej podziwiałam niezwykły talent do mieszania fikcji z rzeczywistością. Waltari miał ten rzadki dar. A przy okazji potrafił opowiadać z ogniem. Interesująco. Oryginalnie. Słodko i gorzko jednocześnie. A kiedy było trzeba, zmysłowo, namiętnie i epicko. Mało jest takich pisarzy.

Waltari potrafił uchwycić tragizm historii, ulotność uczuć, przewrotność losu. A z pomocą tego wszystkiego rzeźbił i formował charaktery swoich bohaterów. Ludzkich do bólu, takich realnych, że w pewnym momencie wszystko, co działo się na kartach powieści, zaczęło się przeżywać razem z nimi.

***

Swego czasu powieści Waltarego były dostępne tylko w bibliotekach. Pamiętam jak po kolei czytałam tytuły z grzbietów książek na najbardziej schowanym regale z literaturą skandynawską. Możliwe, że tylko ja tam zaglądałam, bo wielokrotnie strzepywałam kurz z tamtych książek.

Pamiętam też, jak powieści Waltarego zaczęła wydawać na nowo Książnica.
Najpierw był „Egipcjanin Sinuhe”.
Potem ukazał si „Mikael”.
Jeszcze później tzw. “Trylogia Rzymska”, „Czarny Anioł” i „Turms Nieśmiertelny”.

Ostatnią książką, jaka trafiła na moją półkę była „Karin córka Monsa”. Fantastycznie napisany historyczny romans. Inteligentny. Poruszający. Z dworskimi intrygami. I mezaliansem. Nie wiedzieć dlaczego, na wiele lat po lekturze wciąż pamiętam jedną scenę. Z pięknie śpiewającymi ptakami. Piękna, ale i wstrząsająca jednocześnie.

Taką moją perełką szybko stała się opowieść o Turmsie.
I „Czarny Anioł”. Z akcją osadzoną w Konstantynopolu. Stolicy Cesarstwa Wschodniorzymskiego. Akurat w czasach, kiedy miasto przechodziło, a raczej wydzierane było z rąk chrześcijańskich i stawało się muzułmańskie.

Trylogia rzymska trochę przypominała mi „Ben hura”, a trochę nasze swojskie „Quo vadis”.
Krytycy doszukali się jednak podobieństw między „Quo vadis” a „Egipcjaninem Sinuhe”. Najgłośniejszą powieścią fińskiego pisarza. Przetłumaczoną na wiele języków i sfilmowaną w Hollywood.

Kiedy ostatnio przeglądałam swoje książki, w oczy rzuciła mi się właśnie seria książek Waltarego. I pomyślałam sobie, że warto do niej wrócić. Odświeżyć ją sobie po kilkunastu latach. Poszukać zupełnie nowych znaczeń. I wynieść z lektury jeszcze więcej niż kiedyś.