diament

Magiczny punkt odniesienia…

… czyli od chomika do konesera, którym jest się równie trudno stać jak milionerem, będąc pucybutem. Historia zna jednak i takie przypadki. Warto więc próbować niekoniecznie wzbogacić się, ale przede wszystkim wzbogacić siebie.

Konsumpcyjny wyścig

Świat zdaje się rozpieszczać nas na każdym kroku, wyprzedzając nawet nasze najśmielsze zachcianki. Już od dawna to nie człowiek wymyśla swoje marzenia, tylko z mniejszą lub większą przyjemnością poddaje się kreatywności specjalistów od marketingu. Do tego stopnia, że z czasem zaczyna wierzyć, że bez pewnych przedmiotów nie da się albo przynajmniej nie wypada żyć. Więc kupuje, kupuje, kupuje bez końca i daje się wodzić za nos producentom, kolegom i koleżankom z pracy, znajomym, goniąc za nowościami jak za bajkowym króliczkiem i jeszcze bardziej napędza gigantyczną zakupową machinę. Swojego celu oczywiście nie osiąga. Nie staje się lepszy, bardziej oryginalny ani wyjątkowy. Może tylko bardziej podobny i równy innym. Oczywiście do momentu zanim na horyzoncie nie pojawi się kolejna nowość, którą trzeba koniecznie posiąść.

Nasze prywatne must have

Chyba każdy tych obiektów pożądania miał w swoim życiu co najmniej kilka. Dla dziecka będzie to lalka czy elektroniczny gadżet, dla nastolatka nowoczesny tablet, dla kobiety kultowa torebka Chanel czy buty z czerwoną podeszwą. Z niektórych z nich się wyrasta, inne cieszą latami i wciąż mają w sobie zaklęte pozytywne emocje, bo chociaż wykreowane, to jednak są nasze i odpowiadają naszym gustom. I właśnie takich przedmiotów warto szukać, warto je kolekcjonować, bo nie tylko kreują one nas, ale i skutecznie chronią przez inwazją chwilowych trendów czy zbędnymi zakupami.

Skarby, umilacze i bibeloty

Taki nasz magiczny punkt odniesienia nie musi być praktyczny (może być jedynie ozdobą), ani bardzo tani, ani bardzo drogi, duży ani mały, powinien spełniać jedno tylko kryterium – bardzo się nam podobać. Kiedy już taki skarb się znajdzie, instynktownie rezygnuje się z setek drobiazgów, które tylko niepotrzebnie upodabniają nas do innych. Bo po co komu dziesiątki nowych zapachów, kiedy znalazło się już ten swój ulubiony? Pudło sztucznej biżuterii, kiedy na co dzień ma się na palcu swój ulubiony, mieniący się w słońcu pierścionek? Całą szafę butów, kiedy doceniło się wyrafinowanie czarnych szpilek na 11-centymetrowym obcasie? Nowości z sieciowych sklepów odzieżowych, kiedy ma się niebanalny płaszcz, wyjątkową sukienkę czy inny wyrafinowany dodatek?

Przedmioty i kreowanie siebie

Te nasze ulubione przedmioty, niezależnie czy jest to element ubioru, wystroju wnętrz, ulubiona płyta z muzyką pozwalają nam kreować siebie, nie są kolorową otoczką naszego życia, ale jego elementem, a jednocześnie strażnikiem naszych szaf, mieszkań i portfeli. Jeśli ma się takich skarbów już kilka, instynktownie zaczyna się szukać rzeczy, które będą z nimi kontrastować, które będą do nich pasować, wydobywać z nich nowe piękno, na nowo je interpretować, sprawiać przyjemność nam a nie tylko otoczeniu. Kiedy już wybiera się jedną rzecz na tysiąc, szuka się miesiącami albo latami czegoś, co raz widziało się oczami wyobraźni, postawi się znak równości między „skarbem” z niskiej i wysokiej półki cenowej to jest się już koneserem, którego zadowala mniej niż więcej, który jest odporny na chwilowe mody, nie daje się zwieść chytrym marketingowcom ani znanym logo. Sam dla siebie staje się najcenniejszą marką i całkiem nieźle radzi sobie w materialnym świecie. Bo koniec końców nie chodzi o to, żeby uciec przed przedmiotami czy nie zwracać na nie uwagi. Skoro już są, to wybierajmy takie, które faktycznie będą nam dobrze służyć – dosłownie i w przenośni.

photo credit: stevendepolo via photopin cc