Lykke. Po prostu szczęście, Meik Wiking, recenzja

Lykke. Po prostu szczęście, Meik Wiking

Niektóre książki mają pewną szczególną właściwość, że kiedy tylko wezmę je do ręki, na mojej twarzy od razu zaczyna błąkać się uśmiech.
Wiele miesięcy temu zauroczyło mnie „Hygge. Klucz do szczęścia” Meik Wikinga. Nie miałam więc specjalnie oporów, żeby przygarnąć nową książkę tego autora, chociaż mniej i bardziej sympatycznych pozycji o szczęściu, nie tylko po duńsku, jest w księgarniach całe mnóstwo.

Słowo „lykke” to podobno szczęście po duńsku. Ale tym razem Wiking nie uważa, że to Duńczycy mają monopol na szczęście. Przeciwnie. Szczęście jest wszędzie, a szczęśliwych i bardzo szczęśliwych ludzi można znaleźć na całym świecie. W krajach bogatych i biednych, słonecznych i ponurych, nowoczesnych i tych bardziej konserwatywnych. Czym zatem jest szczęście? Jak je zmierzyć? Co o nim decyduje tak naprawdę?

„Lykke” to niewielka książka. Pięknie wydana. Bajecznie kolorowa. Z wspaniałymi zdjęciami i barwnymi infografikami. Ale urzekła mnie w niej nie tylko sama forma, ale również i treść. Właściwie można by powiedzieć, że Wiking pisze tym razem o rzeczach banalnych i oczywistych. Bo gdzieś z tyłu głowy każdy wie, że pieniądze szczęścia nie dają, spacer do lasu może okazać się bardzo odprężający, a dzielenie pięknych chwil z najbliższymi jest znacznie cenniejsze i przyjemniejsze niż przeżywanie ich w pojedynkę.
Kolejne słowa wytrychy do lepszego, szczęśliwego życia to życzliwość, wolność i zaufanie. Przejawiające się najczęściej w drobiazgach, chwilach bez większego znaczenia, ale dobrze wiadomo, że w życiu „ważne są tylko takie chwile”.
A chociaż wszystko to prawdy tak oczywiste, warto je sobie powtarzać, żeby raz na dobre wbiły się do głowy i codziennych nawyków.

Momentami czytając „Lykke”, miałam nieodparte wrażenie, że Meik Wiking jest kosmitą albo szaleńcem. Takim nowoczesnym błędnym rycerzem, którzy wierzy, że świat może być bardziej bezpieczny, sympatyczny, piękny i przede wszystkim ludzki. I właściwie codziennie szuka coraz to nowych dowodów, które pokażą mu, że rzeczywiście tak jest. Przesadnym optymistą Wiking jednak na pewno nie jest, bo te dowody znajduje i to właściwie na każdym kroku. W dodatku niestrudzenie pokazuje, że szczęściem można zarażać i motywuje, żeby każdy znalazł w sobie taką pozytywną iskrę, od której do działania i naprawiania świata zapalą się inni. Tym bardziej, że na zarażaniu innych dobrą energią, zarażani i zarażający zyskują tak samo dużo.

Małe, sympatyczne rady, jak odczarować codzienność Wiking wylicza w kolejnych rozdziałach. Pokazuje, że z sąsiadami można dobrze żyć. Warto kupować doświadczenia, a nie przedmioty. Przekonuje, że współpraca może przynieść znacznie więcej satysfakcji niż wieczna rywalizacja, w której zawsze są wygrani i przegrani. Wreszcie udowadnia, że do szczęśliwszego życia, zamiast drogim samochodem, o wiele szybciej można dojechać rowerem…

Świetne są też niecodzienne eksperymenty Wikinga. Gubienie portfela w różnych miastach świata albo wystawianie staruszki na przejściu dla pieszych to właściwie już stereotypy, ale mogą stać się podstawą do wysnucia niecodziennych i zaskakujących wniosków. Tak samo zresztą jest z uśmiechami na twarzach, które pod każdą szerokością geograficzną znaczą co innego.

Fajnie, że taka książka jak „Lykke” wydana została akurat jesienią. W czasie, kiedy trudno o optymizm, dobra energia gdzieś się ulatnia, a każdy myśli, jak przetrwać do wiosny, kiedy dni będą dłuższe, a przede wszystkim cieplejsze. „Lykke” to taki drobny promyczek szczęścia, a chociaż wiosny jeszcze nie czyni, to jednak raz zasiane przez tę książkę ziarenko, może na wiosnę i nowy rok przynieść bardzo słodkie owoce.