Robert Plat, Lullaby and... the ceaseless roar

Lullaby and… the ceaseless roar, Robert Plant & The Sensational Space Shifters

Czasami przeraża mnie współczesna muzyka. Różne piosenki zlewają mi się w jedną falę dźwięków bez konkretnej melodii, teksty wydają mi się naiwne, a w dodatku wykonawcy są do siebie zaskakująco podobni. Podobne fryzury, podobne stroje, podobne makijaże. Porażająca jest plaga nowych przebojów, które są jedynie nową wersją starych, wielkich hitów. A wszystkich tych wykonawców określa się dziś mianem gwiazd…

Może się zwyczajnie starzeję, ale tłumaczę sobie to tym, że wymagam więcej i staram się sięgać głębiej w mainstreamową rzeką dźwięków. I nawet mi z tym dobrze.

Na przykładzie Stinga, który nagrywa ostatnio piosenki mocno „inspirowane” twórczością Bryana Adamsa i Davida Gilmoura urzeczonego francuskim metrem i patosem co niektórych utworów literatury angielskiej, widać, że i starej gwardii nie jest łatwo. Chociaż niewątpliwie są wyjątki od reguły. Jednym z nich na pewno jest Robert Plant i jego licząca już kilka lat płyta „Lullaby and… the ceaseless roar”. Powiedzieć o tym krążku, że go uwielbiam to zdecydowanie za mało.

O ile po sukcesach z Zeppelinami Plant nijak nie pasował do estetyki muzyki lat 80., tak teraz praktycznie z płyty na płytę jest coraz lepszy, dojrzalszy, teksty głębsze, ale wciąż lekkie, a muzyka coraz bardziej interesująca.
„Lullaby and… the ceaseless roar” przesłuchałam dziesiątki, jeśli nie setki razy. Od początku do końca, bo aż żal przeskakiwać utwory. Na tym krążku nie ma słabych punktów. Niektóre kawałki są cichsze, spokojniejsze, bardziej liryczne (jak „Stolen kiss”), ale idealnie wpisują się w całość. Koją, wyciszają, uspokajają, ale w żaden sposób nie dają zasnąć.

Od pierwszego przesłuchania zakochałam się bez pamięci w piosence „Rainbow”. Prostej, harmonijnej i z wyrazistym refrenem. Jak dla mnie muzyczny ideał, trochę refleksyjny, ale od początku do końca pełen dobrej, pozytywnej energii. „Rainbow” to jednak zaledwie tylko jedna z wielu perełek tej magicznej płyty.
Pięknym utworem jest „Little Maggie” w którym folk fantastycznie łączy się z elektroniką. Bardzo pozytywnie zaskakuje piosenka „Pocketful of Golden”. Jest rozbudowana, epicka, na świetne przejścia, gitarowe wejścia, rewelacyjne popisy wokalne.

Bardzo przyjemnie słucha się piosenek „Embrace another fall”, „Somebody there”, zabawnej „Poor Howard” i kończących płytę egzotycznej „Up on the hollow hill” i efektownej „Arbaden”.
Wszystkie te piosenki będą świetną muzyką tła, ale z powodzeniem poradzą sobie w roli głównej atrakcji wieczoru.

Nie mam pojęcia jakim prywatnie człowiekiem jest Robert Plant. Nie mam pojęcia jak nagrywa swoje kolejne płyty. Ale czy to z płyty, czy podczas koncertu na żywo, bije z niego zawsze wyjątkowa energia, moc i radość.

Plant mimo upływu lat wciąż jest jak żywioł. Wielki, muzyczny żywioł. Ma hippisowską, rockową duszę. I wciąż mnóstwo, świetnych muzycznych pomysłów.