Księga Diny

Księga Diny, recenzja

Po raz pierwszy zetknęłam się z tym filmem nie przez przypadek. Chciałam go obejrzeć ze względu na Hansa Mathesona. Lubię go jako aktora i podoba mi się, w jaki sposób dobiera filmy, w których gra. Nigdy nie są to typowo komercyjne produkcje, ale mają swój niepowtarzalny klimat.

Nie inaczej mogło być w przypadku „Księgi Diny”. Pamiętam ten pierwszy seans wiele lat temu. Już wtedy obiecałam sobie, że znajdę książkowy pierwowzór tej historii. Słowa dotrzymałam, chociaż od obietnicy do wykonania minęło prawie 10 lat. Już wtedy wiedziałam, że książka musi być duża. Kiedy trafiła w moje ręce, okazała się liczących ponad 600 stron klocem, który jednak sprawnie i szybko wciągnęłam w kilka popołudni. I wtedy nastąpiła powtórka z rozrywki. Znalazłam stare DVD, odpaliłam sprzęt, wdusiłam przycisk play i zaczęłam jeszcze raz oglądać „Księgę Diny”.

Film liczy już sobie 15 lat, a poruszająca historia tytułowej Diny opowiedziana jest w nim w 2 godziny. Za pierwszym razem całość wydała mi się spójna, mocna i wielowymiarowa. I dalej tak jest, ale po lekturze wiem już, że w samym filmie sporo jest omówień, pominiętych wątków i uproszczeń. Co jest tylko dodatkowym komplementem dla książki, ale pod żadnym pozorem nie jest wadą samego filmu.

Mój ulubiony Hans Matheson gra w filmie właściwie jedną z pobocznych ról. Ale nie brakuje w „Księdze Diny” wielkich nazwisk, jak np. Gerard Depardieu czy Mads Mikkelsen. Wszyscy oni jednak pozostają w cieniu elektryzującej w tym obrazie Marie Bonnevie. Jej Dina jest bardzo wyrazista, silna, odważna bezkompromisowa, mimo że w filmie opuszczonych jest co najmniej kilka dość istotnych wątków, a sama historia jest momentami mocno zmieniona.

Tak samo jednak książka i film są na wskroś skandynawskie, przesiąknięte charakterystyczną dla Północy surowością, momentami brutalnością, a ich bohaterowie są bardzo mocno związani z siłami natury. Sam film bardzo mocno oddziałuje na zmysły i pobudza wyobraźnię. W zachwyt wprawiają norweskie fiordy, drażni i oczarowuje jednocześnie muzyka, urzekają z kolei plastyczne i bardzo wymowne sceny.

Do tych najbardziej efektownych zaliczam muzyczny popis Diny. Grany przez nią utwór pięknie się rozwija, a sama Dina rośnie przy nim w ekspresowym tempie. Ale tych nieoczekiwanych scen jest znacznie więcej. Niektóre zaskakują, niektóre szokują, a jeszcze inne w niesamowity sposób budują napięcie.

„Księga Diny” to właściwie bardzo surowy film, czasami wręcz naturalistyczny. Dialogi bywają bardzo oszczędne, krótkie, niedopowiedziane albo bardzo dosadne. Sceneria jest surowa, momentami przypomina teatr. Ale to dobrze, bo dzięki temu pole do popisu mają aktorzy. Widzimy ich twarze, pełne wyrazu oczy i wymowne spojrzenia, które nie potrzebują dodatkowych gestów czy słów.
Te ciche i wymowne sceny przeplatane są znacznie mocniejszymi, okrutnymi i brutalnymi, które od razu wbijają się w pamięć i porażają dosadnością. Tu dosłownie jeden obraz potrafi rzeczywiście znaczyć tyle co tysiąc słów. I to naprawdę bardzo mocnych.

Zazwyczaj przy ekranizacjach i ich książkowych pierwowzorach prędzej czy później oceniam i porównuję je ze sobą. W 9 przypadkach na 10 film to cień książki, który nie dorasta jej do pięt. Znacznie częściej rozczarowuje niż zachwyca.
W przypadku „Księgi Diny” jest inaczej. Między książką i filmem nie można postawić znaku równości. Te historie różnią się między sobą. Ale jednocześnie świetnie się uzupełniają, pozostawiając przy tym otwarte pole do interpretacji tak samo czytelnikowi i widzowi.
„Księgę Diny” warto i przeczytać i obejrzeć. Ale zdecydowanie lepiej jest zacząć od książki. Bo film i tak zaskoczy. I to nie raz.

  • Oglądałam ten film właśnie jakieś 15 lat temu. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. I gdybym miała go opisać jednym słowem, to przymiotnik “surowy”, którego użyłaś wydaje mi się bardzo odpowiedni.

    Pozdrawiam, Haniu, serdecznie!

    • Film torpeda. Książka jeszcze bardziej wciska w fotel i w dodatku ma kontynuację :) Również pozdrawiam :)