kompozytor burz, recenzja

Kompozytor burz, Andrés Pascual, recenzja

W okresie jesienno-zimowym zawsze staram się znaleźć egzotyczną książkę, która sprawi, że koc będzie jeszcze cieplejszy, a gorąca herbata bardziej aromatyczna. Tym razem padło na „Kompozytora burz”, hiszpańskiego pisarza Andrésa Pascuala.

Wiele już sobie obiecywałam po okładce, tytule i notce z tyłu, bo trąciły baśnią, magią i gorącym afrykańskim klimatem. Jako bonus dostałam jeszcze widokówki XVII-wiecznego Paryża, lekcje muzyki z najlepszymi skrzypkami epoki i sporą porcję dobrego humoru. Aż przypominają mi awanturnicze powieści, doskonałe przygodówki i opowieści w stylu „Trzech muszkieterów”.

Na początku w tym wszystkim była oczywiście muzyka, a raczej pierwotna melodia. Albo miłość. Lub jedno i drugie, bo wtajemniczeni, którzy znają jedno i drugie, dostrzegą w nich wiele podobieństw. Wszak są eteryczne, uskrzydlające, budzą w umyśle i duszy wszystkie najszlachetniejsze uczucia. To właśnie od melodii miało zacząć się życie na ziemi i ona też miała życiodajną i uzdrawiająca moc, która miała budować, tworzyć, oczyszczać. Jednak jak każdy skarb pozostawała ukryta przed zwykłymi śmiertelnikami.

Śnili o niej jednak biegli muzycy i alchemicy, którzy pod płaszczykiem szukania sposobu na przemienienie metali w złoto, skupiali się na czymś zupełnie innym, cenniejszym, zdecydowanie bardziej skomplikowanym. Na kartach „Kompozytora burz” spotykają się ze sobą i łączą siły, by odnaleźć i zapisać melodię, a przy okazji rozwikłać pewną mroczną tajemnicę zabójstwa.

W powieściach historycznych zawsze fascynowało mnie to, w jaki sposób autorzy łączą fikcję z rzeczywistością, a postaci historyczne z tymi wymyślonymi. U Pascuala ta galeria bohaterów jest wyjątkowa bogata, barwa, a każda z postaci ma swój niepowtarzalny, zawsze zabarwiony humorem rys. Chociaż Pascual ich nie oszczędza, to jednak nawet śmierć ukazana jest jako naturalna kolej rzeczy, a nie ostateczny koniec. I właśnie to czyni „Kompozytora burz” świetną, przygodową powieścią, przy której można się naprawdę odprężyć w długie i zimne wieczory. To rozrywka na wysokim poziomie, a jednocześnie spora dawka optymistycznej energii, która pozwala spojrzeć na świat z szerszej perspektywy, od tej bardziej magicznej strony.

„Kompozytor burz” jest świetnie napisany. Podzielony na trzy akty, wydarzenie goni w nich wydarzenie, napięcie rośnie, ale akcja toczy się w takim tempie, że jest czas i na refleksję i wyobrażenie sobie Paryża, wersalskich ogrodów i komnat czy wreszcie przyrody Madagaskaru. Ta powieść ożywa na naszych oczach.

„Kompozytor burz” zaskakuje. I to nie raz. Pojawiają się w nim piraci, bohaterowie, którzy przechodzą na ciemną stronę mocy, niektóre rozdziały bardzo przypominają klimatem „Piratów z Karaibów” i jest to jak najbardziej komplement dla tej powieści. I wreszcie nie domyśliłam się końca aż do końca, co w książkach doceniam coraz bardziej.

Cóż tu napisać więcej. Świetna tętniąca życiem historia, osadzona w przeszłości, ale sięgająca aż do współczesności. Rewelacyjna jako całość, spójna opowieść, która jednocześnie uchyla furtkę do głębszych rozważań o miłości, życiu, śmierci i nieśmiertelności. Temperamentna i barwna historia z pięknym, poetyckim tytułem. Dla tych, którzy naprawdę lubią smakować literaturę i delektować się muzyką.