kolorowa rewolucja recenzja

Kolorowa rewolucja, Dagny Thurmann-Moe

Nie lubimy burej jesieni, szarego nieba, ponurych dni zupełnie pozbawionych barw. A z drugiej strony codziennie sobie te kolory odbieramy. Wybieramy szare samochody, malujemy domy i bloki na odcienie szarości, w bieli, czerni i szarościach urządzamy mieszkania, bo tak jest modnie. Tymczasem to kolory dodają energii, poprawiają nastrój, pobudzają do nawiązywania znajomości, sprawiają, że czujemy się bardziej swojsko.

To główna teza Dagny Thurmann-Moe, która dzielnie broni kolorów i przekonuje, że już stoimy u progu kolorowej rewolucji. W dodatku podpowiada, co zrobić, żeby stać się kolorowym rewolucjonistą ze świetnie wyrobionym gustem. W dobrych książkach tego typu nie ma złotych recept. W „Kolorowej rewolucji” również ich nie ma, za to są świetnie narzędzia, które pozwalają oswoić się z kolorami i uczą, jak samodzielnie tworzyć oszałamiające, a jednak harmonijne palety barw bez szarości, bieli i czerni, które przecież nawet nie są kolorami i nie można znaleźć ich w palecie barw.

Zarówno jeśli chodzi i design, projektowanie wnętrz, a nawet komponowanie ubrań, Thurmann-Moe za każdym razem podkreśla, jak ważne są indywidualizm i wyrobiony gust. To pierwsze trzeba znaleźć – znać siebie, wiedzieć, co wzbudza w nas pozytywne emocje. To drugie to już lata obserwacji i nauki. W końcu trzeba wiele zobaczyć, żeby nauczyć się oddzielać piękne od brzydkiego, a harmonijne od chaotycznego. I wreszcie autorka przytacza klasyka, Oskara Wilde’a, który miał powiedzieć, że „znaczenie estetyki lekceważą jedynie ludzie powierzchowni”. Zgadzacie się z tym?

„Kolorowa rewolucja” to jednak nie tylko świetna lekcja z podstaw łączenia ze sobą i znaczenia poszczególnych kolorów. To przede wszystkim książka pełna inspiracji. Thrumann-Moe bez litości krytykuje nowoczesne, minimalistyczne obiekty architektoniczne, szare, biurowe wnętrza anonimowe i zupełnie pozbawione osobowości. Może i schludne, może i eleganckie, ale za to jak różne od naturalnego dla człowieka środowiska. Gdzie miejsce na kolory przyrody, błękit nieba, zieleń drzew? Thrumann-Moe przekonuje, że człowiek na dłuższą metę nie może się w takiej nowoczesnej, sterylnej przestrzeni dobrze czuć, prędzej czy później dopadną go apatia, depresja, a przede wszystkim samotność.

Zamiast po antydepresanty zaleca jednak, żeby sięgać po kolory i wprowadzać je do swojego życia tak często, jak to tylko możliwe. Ostatni rozdział „Kolorowej rewolucji” poświęcony jest modzie, dobieraniu kolorów do stylizacji i typu urody. Zdecydowanie najwięcej miejsca Thurmann-Moe poświęca jednak architekturze i urządzaniu wnętrz, w czym jest niekwestionowaną specjalistką.

W książce pokazuje jak pokolorowałaby norweskie miasta i przedstawia kilka projektów mieszkań i domów, w których rządzą kolory. Każdy urządzony w innym stylu, z pomocą innej palety barw, ale jednak przykuwający spojrzenia. Jak pierwszy raz oglądałam te zdjęcia, kolory wręcz mnie uderzyły, ale im dłużej na nie patrzyłam, tym dłużej nie mogłam oderwać od tych fotografii wzroku.

Dagny Thurmann-Moe to rzeczywiście rewolucjonistka. W dodatku bardzo inspirująca. A jej książka naprawdę bardzo mocno zachęca, żeby dokładnie przejrzeć szafę i dokupić do mieszkania co najmniej kilka bibelotów, które wprowadzą do wnętrz energię i nadadzą im głębię.

A co do pana Wilde’a. Cóż. Własny styl i wyrobiony gust chyba rzeczywiście świetnie potrafią odzwierciedlić bogatą osobowość, która nie ulega bezkrytycznie szybkim modom i przemijającym trendom.