jesień

Jesień już.

Mało znam osób, które szczerze i otwarcie potrafią powiedzieć, że ją lubią.

Tymczasem to właśnie jesienią promienie słońca cieszą najbardziej.
Dni są jeszcze na tyle długie, żeby wybrać się na jesienny spacer.
Szelest liści pod stopami obwieszcza nadejście bliskich osób.

To właśnie jesienią owoce i warzywa z przydomowych ogródków i działek smakują zdecydowanie najlepiej, a w kuchniach rozchodzi się słodki zapach konfitur.

Jesienią pierwsze deszcze wprowadzają w błogą nostalgię po lecie i pocałunkach słońca na skórze. A za wcześnie jeszcze na tęsknotę za wiosną.

Ja też nie zawsze lubiłam jesień.
Bo zawsze sądziłam, że wraz z jej nadejściem coś nieuchronnie się kończy.
Odchodzą wakacje. Ciepłe dni. Uśmiech słońca. Radość.

Przed jesienią chowałam się zawsze pod kraciastym kocem, w najgrubszym swetrze i wełnianych skarpetach. Nigdy nie lubiłam czapek. I to zawsze jesienią po raz pierwszy marzły mi uszy.
Jesień odstraszałam kubkiem gorącej herbaty. Bezskutecznie. Bo z każdym tygodniem coraz więcej czasu potrzebowałam, żeby się rozgrzać.

Jesień nieuchronnie kojarzyła mi się ze smutkiem. I zakopconymi zniczami na cmentarzach. Ich ogień nie jest ani trochę wesoły. Ma dymną poświatę. Jest posępny, leniwy i wątły. Bo potrafi go zgasić nawet najsłabszy podmuch wiatru.

Ale pewnego dnia coś się zmieniło.
Przechadzałam przez wtedy przez pewien wielki park w środku wielkiego miasta. Szarego. Burego. Brudnego od spalin.

To było jak mocne uderzenie.
Kolorami, dźwiękami, zapachami.
Bo to właśnie w parku, a nie w szarym i nijakim mieście tętniło życie. Wiewióry robiły zapasy. Maszerowały jeże. Śpiewały ptaki. A dzieci na wyścigi zbierały kasztany i żołędzie.

Czasami chciałabym patrzeć na świat przez jesienne okulary. Bo to jesienią świat jest zdecydowanie piękniejszy. Bardziej kolorowy. Mądrzejszy. Bardziej skory do refleksji.
Nic nie może się równać jesiennym wschodom i zachodom słońca.
Mgle, która unosi się nad rzeką.
Drzewom, które jednego dnia porażają bogactwem kolorów, a z każdym następnym marnieją w oczach.

Każdej jesieni chłonę to piękno wszystkimi zmysłami. Bez opamiętania. Bo jest bardziej ulotne niż cokolwiek innego. Bo wiem, że jak nie zrobię tego właśnie teraz, to później nie będę już mieć okazji.

I właśnie to jesienne piękno przyrody coraz bardziej zasłania mi codzienne szare życie w dużym mieście. Ambitne. Pośpieszne. Bezwzględne. W przestrzeniach marketów i galerii handlowych. Wśród wiecznie zabieganych i smutnych ludzi. Dla których nie tylko jesień, ale wszystko co ich otacza, zawsze ma posępne odcienie szarości.