Jeden dzień, Interstellar, Diabeł ubiera się u Prady

Jeden dzień. Interstellar. Diabeł ubiera się u Prady.

3 filmy. 3 różne historie. Co je łączy? Aktorka, Anne Hathaway. Co dzieli? Praktycznie cała reszta.

Do kultury mam raczej staroświeckie podejście. Wolę czytać zamiast oglądać filmy, a X muza musi mocno się nagimnastykować, żeby mnie czymś zainteresować. Ale czasami się udaje. W ciągu ostatnich kilku tygodni czytanie niestety zeszło trochę na dalszy plan, a czas na lekturę skurczył się do podróży z domu do pracy i z pracy do domu. Ale czas na film się znalazł. A konkretnie na 3 filmy. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie z Anne Hathaway w jednej z głównych ról.

Diabeł ubiera się u Prady

Ten film widziałam już wcześniej. Obejrzałam go nie dlatego, że zachęciła mnie do tego rola Meryl Streep. To swoją drogą. Pamiętam, że bardzo podobała mi się książka. I w tym jednym z nielicznych przypadków mogę postawić znak równości między książką a filmem. Oko dosłownie chłonie projekty haute couture, cieszy się na widok Valentino Garavani, z uznaniem spogląda na kolejne stylizacje pracownic „Runwaya”. Jeśli chcecie poczuć klimat Nowego Jorku, ten film jest jak znalazł. Jeśli zastanawiacie się na czym polega bycie glamour, to w tym filmie macie odpowiedź.
Ambitni mogą poszukać drugiego dna i zastanawiać się nad źródłem szczęścia, bo w tym wypadku wyraźnie widać, że to nie szata zdobi człowieka, a pieniądze go na pewno nie dają. A co się ceni? Prosty kręgosłup moralny, wolność, silny charakter. Warto zachłysnąć się trochę czarem przemysłu modowego. Z przymrużeniem oka spojrzeć na tych, którzy zaprzedali duszę diabłu. A potem strzepnąć kurz z płaszcza i ruszyć własną drogą w poszukiwaniu własnego stylu i siebie przede wszystkim.
Lekki, przyjemny, zabawny film. Uczy, bawiąc. Dla fanów mody. Dla estetów. Mimo upływu lat nie trąci myszką.
Lekcja z tego filmu? Chyba do końca życia zapamiętam, jak wygląda kolor modry.
Miła niespodzianka? „City of blinding lights” U2, które w najlepsze gra, kiedy Streep i Hathaway jadą na Fashion Week do Paryża. Brzmi jeszcze lepiej niż zwykle, bo rozbudza dobre wspomnienia – koncert U2 z Amsterdamu 😉

Interstellar

Gwiazdą tego filmu jest nie tylko Anne Hathaway. O wiele jaśniej błyszczy tu Matthew McConaughey. A zaskakuje Matt Damon, który zdążył się zahibernować bez nadziei, że jeszcze kiedykolwiek zobaczy przedstawiciela rasy ludzkiej. W telegraficznym skrócie to film o rychłej zagładzie ludzkości, która nie może żyć już na zniszczonej do granic możliwości Ziemi. Ale może przetrwać gdzie indziej, jeśli tylko znajdzie dla siebie nowe miejsce do życia. Jedyna nadzieja w kosmosie, a ściślej tajemniczym miejscu w pobliżu Saturna, gdzie NASA odkryło świetne miejsce na nowy dom. Teren ma obadać właśnie McConaughey, a w skład załogi wchodzą jeszcze Hathaway i 2 inne osoby. On robi to, bo chce zapewnić przyszłość swoim dzieciom i wnukom. Ona – bo ma nadzieję spotkać ukochanego, który w kosmos wyruszył już wiele lat temu.
Trochę ckliwe, ale efektowne kino wymieszane z popularnonaukową wiedzą – o czarnych dziurach, planetach, teorii względności Einsteina.
Podobno ten film powstawał pod okiem naukowców, żeby uniknąć merytorycznych błędów, ale czy powstało dzieło doskonałe? Hmmm. Film na pewno jest ciekawy, ale jest też w nim sporo uproszczeń, kilka banałów, nadmuchanego patosu, a muzyka skomponowana przez Hansa Zimmera mogłaby być momentami mniej denerwująca. Ale całość ogląda się wyjątkowo dobrze, mimo że film trwa prawie 3 godziny.
Ta opowieść to całość. Ciekawa wizja. Z jeszcze ciekawszą wizualną oprawą. Ale bardziej rodzi kolejne pytania niż wskazuje odpowiedzi. Pomocną dłoń człowiekowi, a raczej ludzkości podają ludzie z przyszłości. Mądrzejsi, dojrzalsi, dysponujący lepszymi technologiami. Z naszej, obecnej perspektywy wszystko to wydaje się aż nieprawdopodobne. Ale jak się okazuje na przykładzie tej historii pokonywanie kolejnych niemożliwości to tylko kwestia czasu.
Co najbardziej porusza w tym filmie?
McConaughey. A jakże. A ściślej jeden moment. Pożegnania z 10-letnią córką, która nie może się pogodzić z tym, że być może nigdy go nie zobaczy. On odchodzi. Ona odbiera wiadomość, żeby nie jechał. Upływ czasu i doświadczenia zmieniają jednak jego punkt widzenia. I to bardzo.
Pokazują, że czas daje najlepsze odpowiedzi, a ważne i ważniejsze rozdzielone jest rozmytą linią.

Oglądając „Interstellar”, przypomniał mi się pewien popularnonaukowy cykl – „Przekroczyć horyzont zdarzeń”. To seria wykładów, w których autor Nassim Haramein wywraca nasz świat i jego rozumienie do góry nogami albo wręcz przeciwnie, pokazuje, jak wszystko powinno wyglądać. Dla niektórych te wykłady to objawienie. Dla innych pełną charyzmy opowieść, która jednak naszpikowana jest merytorycznymi błędami. Jakkolwiek by jednak nie było, Nassimowi udaje się to, co najważniejsze – prowokuje do myślenia. Każe mieć świeże spojrzenie. Szukać odpowiedzi i zadawać pytania.

Przypomniał mi się jeszcze ktoś. Stephen Hawking. Naukowiec, który poświęcił praktycznie całe swoje życie na zgłębianie tajemnic kosmosu i czarnych dziur. Spełniony jako badacz, ale bardzo dotkliwie doświadczony przez życie.

I jeszcze coś. Książka „Zaklinacz czasu”. W której okazuje się, że zamiast panować nad czasem o wiele lepiej jest wykorzystać go jak najlepiej się da. Bo przez to, że jest limitowany, jest tak bezcenny.

I jeszcze jedna zabawna anegdota.
W „Interstellar” nowym lokum dla ludzi miało być tajemnicze miejsce w pobliżu Saturna. Tej najbardziej efektownej planety z imponującym pierścieniem. Oddalonej o miliony kilometrów. Tak jakoś dziwnie się złożyło, że kilka dni wcześniej miałam okazję brać udział w wieczornym obserwowaniu nieba organizowanym przez zielonogórskie Planetarium. Przyszło dwóch panów i wielkimi teleskopami i ustawiali je na różne planety. Był wśród nich również i Saturn. Według podręcznikowych danych wielki, a w soczewce teleskopu malutki, wielkości paznokcia od kciuka.
Fascynujący. I uświadamiający, jacy to my jesteśmy mali w tym wielkim wszechświecie…

Jeden dzień

To jedna z tych historii, która zmusza do produkcji łez jeszcze bardziej niż najmocniejsza cebula. Momentami zabawna, momentami przeraźliwie smutna, czasami gorzka, a czasami słodka. A jednocześnie ciepła, inteligentna, krzepiąca i mądra.
To opowieść o dwójce ludzi. Jest ona. Jest on. Jest przyjaźń. I to wieloletnia. Jest miłość, ale jest też i strach, który sprawia, że wiele lat potrzeba, żeby odważyć się do bycia ze sobą. Jak się okazuje, tej odwagi zabrakło, by sięgnąć po to, co najpiękniejsze w życiu.
Trzeba było przejść swoje. Iść własną drogą. Wypić własny kielich goryczy, żeby zrozumieć, co jest ważne.
A może to wszystko trzeba było przejść, żeby móc docenić piękno tych radosnych wspólnych chwil? Któż to wie. W końcu niezbadane są ścieżki miłości… Ale najczęściej przychodzi dokładnie wtedy, kiedy jesteśmy już na nią gotowi.

Wspaniała opowieść. Wspaniale nakręcona. Urokliwe są tu nawet subtelne momenty. Fajne ujęcia, które są wyjątkowo wymowne, chociaż nie pada w nich ani jedno słowo. No i plus dla Anne Hathaway. Podobnie jak w „Diabeł ubiera się u Prady” również i w „Jednym dniu” zmienia się na naszych oczach, rozkwita, zaskakuje, pięknieje, ale i znajduje w sobie wyjątkową siłę i wewnętrzne światło.