INXS, X recenzja

INXS, „X” (1990)

Dużo mam swoich ulubionych płyt, których mogę słuchać od początku do końca, kilka razy pod rząd. Ale tylko niektóre z nich są naprawdę skrzydlate i dają mi energetycznego kopa. Taką moją naładowaną perełką jest „X” zespołu INXS.

Jak uważam, że Brytyjczycy są najlepsi w robieniu muzyki, tak przy INXS nie mogę się nadziwić, że oni jedni akurat z wysp się nie wywodzą. Może dlatego są tacy inni, tacy dobrzy i tacy charakterystyczni.
Bardzo długo kojarzyli mi się z chyba najbardziej znanym kawałkiem „Need you tonight”. A chociaż sentyment do tej jednej piosenki pozostał, to i tak znacznie częściej niż do niej wracam właśnie do krążka „X”.

Początkowo istniał dla mnie głównie muzycznie. Dostrzegałam w nim kolejne dźwięki, przestrzenne przejścia, podobało mi się, że coś w tych piosenkach się dzieje do samego końca i nie są przewidywalne. Nawet wokal Michaela Hutchence’a bardzo długo pozostawał dla mnie kolejnym, bardzo interesującym instrumentem.

Do dziś lubię delektować się dźwiękami tego albumu. I nawet same tylko dźwięki w zupełności mi wystarczają, żeby umieścić płytę wśród moich naj. Ale nadszedł też ten moment, kiedy pod lupę wzięłam teksty. I przepadłam. Zakochałam się w tej płycie jeszcze bardziej.

Bo jest jednocześnie demoniczna i liryczna. Słodka i gorzka. Energetyczna i cyniczna. Przeładowana mocnymi emocjami. Skrajnymi, prawdziwymi, momentami szalonymi. Na płycie jest cała ich barwna paleta. I być może dlatego jest płyta „X” tak mocno trafia nie tylko do mnie, ale i milionów fanów dobrej muzyki.

Wszystkie kawałki z tej płyty uwielbiam. Razem tworzą dla mnie piękną, spójną całość. Ale jeśli miałabym wybierać, to najbliższe są mi mocne „Suicide Blonde” i „Disappear”. A tuż po nich magiczne „The Stairs”, romantyczne „By My Side” i marzycielskie „Hear That Sound”.

Jeśli nie mam weny w poniedziałki. Albo jakimś cudem dopada mnie chandra, to sięgam właśnie po „X” i od razu jest mi lepiej. Bardzo efektywna i błyskawiczna terapia bez skutków ubocznych.