Hygge. Klucz do szczęścia recenzja

Hygge. Klucz do szczęścia, Meik Wiking

Hygge. Sztuka szczęścia według Duńczyków.

Zetknęłam się z tym pojęciem jeszcze zanim popularne stały się pewne 2 ładnie wydane książki. I niekoniecznie było to pozytywne spotkanie. Moją książkową kopalnią wiedzy o Skandynawii i Skandynawach był jakiś czas temu „Skandynawski raj” brytyjskiego autora, który za wszelką cenę starał się wyłowić wszystkie „ale” i rysy na wizerunku północnych krajów.

O hygge nie wypowiada się z wielkim zachwytem, dusi się w nim i ogólnie uważa, że jest przereklamowane. Do niedawna więc duńską sztukę szczęścia kojarzyłam z ciepłym kocem, spotkaniami w kameralnym gronie i świecami. Gdzieś tam jednak sympatia do Danii i zainteresowanie Duńczykami systematycznie rosło. Po fazie na serial „Rząd” przyszła więc również pora i na książkę o hygge. Padło na tę mniejszą, z jaśniejszą okładką i podtytułem klucz do szczęścia.

Książka idealnie mieści się w dłoniach, jest wydrukowana na przyjemnym, pachnącym papierze, ładną czcionką, z fajnymi zdjęciami. I przede wszystkim jest jakoś tak serdecznie i sympatycznie napisana. Z każdą kolejną stroną dziwiłam się coraz bardziej, dlaczego tak się przed nią broniłam.

„Hygge. Klucz do szczęścia” ma niespełna 300 stron, a w poszczególnych rozdziałach pod lupę z mocnym filtrem hygge brane jest wszystko, co składa się na codzienne życie Duńczyków.

Zaglądamy do ich domów, szaf, kuchni, ogrodów i miejsc, które lubią odwiedzać. Czytamy o pasjach, małych przyjemnościach, niepoprawnym zakochaniu w świecach i obserwowaniu radosnego tańca ognia i płomieni.

Ta książka to taki mały, bardzo sympatyczny przewodnik po hygge przez cały rok. Bo wbrew pozorom to nie tylko gruby koc, świece i gorąca herbata albo czekolada. To również wiosenne i letnie poranki, przyjemne chwile spędzone w ogrodzie, wędrówki z najbliższymi, szukanie gwiazd, celebrowanie dużych i małych świąt.

Ta książka jest jak zaproszenie do radosnego, ciepłego świata, a autor jak na tacy podaje oryginalne duńskie przepisy, których aż żal nie wypróbować. Orzeźwiający napój z czarnego bzu i klasyczny duński grzaniec na pewno trafią na stałe do mojego kulinarnego repertuaru.

Czytając „Hygge. Klucz do szczęścia”, robi się tak jakoś przyjemniej, błogo i ciepło, a nastrój poprawia się praktycznie z automatu.

Fajnie by było znaleźć miejsce w swoim codziennym życiu na hygge. Ale między wierszami łatwo można przegapić też bardzo ważną myśl. Kameralne, przyjacielskie i rodzinne grupy są hermetyczne i trudno się do nich przedostać.

Żeby było hyggeligt, trzeba też odpowiednio dbać nie tylko o płomienie świec, ale i radosne płomyki i iskry w naszych oczach. Ani jedne, ani drugie nie powinny zgasnąć. A to wszystko wymaga mnóstwo poświęconego czasu, uwagi, zaangażowania. Duńczycy to uwielbiają, ale czy my jesteśmy już na to gotowi? Hmmmmmm…

Pewnie właśnie dlatego hygge pozostanie jedynie kolejnym skandynawskim trendem, który zauroczy, uwiedzie, ale z czasem jego urok zacznie blaknąć.

Ale nawet jeśli pozostawi po sobie pozytywną iskierkę, która na stałe wkradnie się do naszej codzienności, i tak będzie to bardzo pozytywny krok do zmian na lepsze. Już dziś zróbmy sobie w naszych domach małą, szczęśliwą Danię.