Hygge. Duńska sztuka szczęścia recenzja

Hygge, Duńska sztuka szczęścia, Marie Tourell Søderberg

Aż imponujące jak wielką karierę zrobiło skromne, unikające rozgłosu, zaszywające się w kącie, pod kocem i w blasku świec hygge.
W Polsce wszystko zaczęło się od dwóch sympatycznych, pięknie wydanych książek o duńskiej sztuce szczęścia. Były jesiennym hitem, świetnym prezentem pod choinkę, a wiosną wcale nie tracą na popularności, kusząc coraz bardziej atrakcyjną ceną i nowym wydaniem.

Moja książkowa przygoda z hygge rozpoczęła się od małej, złocisto-beżowej książeczki „Hygge. Klucz do szczęścia”, która oczarowała mnie podczas zakupów w Lidlu. Z niemałą przyjemnością przeczytałam ją w pewien sobotni poranek, wpadłam w bardzo sympatyczny nastrój i spędziłam uroczy weekend, który okazał się bardzo „hyggelig”.
Książkową konkurentkę tej pozycji, „Hygge. Duńska sztuka szczęścia”, znalazłam jakiś czas temu w bibliotece. Obejrzałam, podumałam nad obrazkami i również dość szybko przeczytałam. I to by właściwie było na tyle.
Magia hygge w moim przypadku zadziałała, ale tylko jeden raz. Tymczasem książek o duńskim sposobie na szczęście jest coraz więcej. Niestety albo na szczęście moc ich przyciągania jest dla mnie jeszcze słabsza… Dlaczego?

„Hygge. Duńska sztuka szczęścia” od strony wizualnej to perełka. Ma piękne zdjęcia, niestandardowy format, który zawsze wyróżni się na półce z książkami, szerokie marginesy i przejrzyście rozmieszczony tekst.
Treść skupia się wokół codzienności. Niemym bohaterem książki jest mityczny, idealny dom, a autorka zgrabnie własne przemyślenia przeplata wypowiedziami innych osób o hygge i szczęściu. Po przeczytaniu można nawet odnieść wrażenie, że spędziło się kilka przyjemnych godzin w towarzystwie miłych ludzi i z kubkiem gorącej herbaty w dłoni.

Mi jednak czegoś w tym wszystkim zabrakło.
Nowości.

Meik Viking właściwie wyczerpał temat. Przez filtr hygge przepuścił codzienność, życie zawodowe i święta, ludzi, ich sposób bycia i ubierania się. Zdradził też pewną tajemnicę.
Z hygge jest jak z miłością. Ono się pojawia, kiedy ma do tego odpowiednie warunki. I może dlatego granatowa książka z roziskrzoną okładką nie okazała się w moim przypadku objawieniem.

Nie pora mi czytać więcej o hygge. Pora zacząć go doświadczać. Wziąć koc i iść na łąkę, przytulić psa, zrobić pachnącą herbatę i pyszne ciasto. Spontanicznie. Bez z góry założonego planu.

Do tego nie potrzebuję już kolejnych przewodników po hygge. Wystarczy, że znam koncepcję.

I właśnie dlatego nie będę już sięgać po kolejne książki o hygge. Szukać wskazówek, jak urządzać mieszkanie w stylu hygge. Ani tym bardziej czytać porad wychowawczych, jak uczyć dzieci hygge i stworzyć im hygge dom.
Bo jak nie spojrzeć na temat, hygge, to to, co w pełni nasze. Naturalne, spontaniczne, przyjemne. A zbyt wiele inspiracji w klimacie hygge, wbrew pozorom wcale nie musi być hyggelig…