Gwiezdne wojny. Przebudzenie mocy.

Gwiezdne wojny. Przebudzenie mocy – recenzja

Do światowych hitów zawsze podchodzę z dużym dystansem. Przy okazji ustawiam im wysoko poprzeczkę. Nie wystarczy, że podobają się innym. Mają się podobać również i mi.

A jednak historia toczy się dalej…
Podobno siódma część Gwiezdnych Wojen miała w ogóle nie powstać. Zmieniono jednak zdanie, a fanom gwiezdnej serii zaproponowano nostalgiczną podróż. W „Przebudzeniu mocy” pojawiają się bohaterowie sprzed lat, tylko że wiele starsi.

Od ambicji do przyjemności
Dwie pierwsze części „Gwiezdnych Wojen” obejrzałam bardziej z ambicji. Właściwie nie wypada nie znać jednej z najsłynniejszych serii filmowych świata. Po tych dwóch częściach jednak gwiezdna historia raczej średnio mnie wciągnęła. Na „Przebudzenie mocy” poszłam do kina właściwie przez przypadek. I w końcu chwyciłam bakcyla. I nabrałam ochoty, żeby obejrzeć pozostałe części.

Epicki rozmach w formacie 3D
Gwiezdne wojny niewątpliwie sporo zyskują na dużym ekranie. Jeszcze więcej, kiedy są w formacie 3D. Statki kosmiczne prezentują się wtedy znacznie lepiej na tle zachodzącego, krwawego słońca, pojedynki lotnicze są jeszcze bardziej widowiskowe, a krajobrazy zyskują dosłownie kosmiczną głębię. Ale nawet najlepsze efekty nic nie dadzą, jeśli są tłem dla nudnej fabuły. W przypadku „Przebudzenia mocy” raczej nie można mówić o nudzie.

Nowa historia i stare tematy
Cała historia jest zgrabnie opowiedziana, nie trzeba nawet znać pozostałych części serii, by świetnie się bawić. Inna sprawa, że po raz kolejny powracają w filmie te same, uniwersalne i nieśmiertelne tematy:

  • odwieczna walka dobra ze złem,
  • miłość na przekór wszystkiemu,
  • szukanie własnej drogi,
  • tęsknota i samotność,
  • przyjaźń,
  • trudne relacje na linii rodzice-dziecko.

Przystępnie i efektownie o tym, co ważne
Co niektórzy badacze dopatrują się w „Gwiezdnych wojnach” biblijnych motywów. Punkt widzenia jednak w tym wypadku zależy od punktu patrzenia. Niektóre wątki faktycznie są podobne, pojawiają się pewne analogie, ale tylko dlatego, że tak samo Biblia, jak i gwiezdna seria skupiają się na ponadczasowych i ważnych dla każdego tematach. Biblię wypada jednak traktować bardzo poważnie, jak zresztą każdą religię. Historia opowiedziana w “Przebudzeniu Mocy” to tymczasem swoisty uśmiech do widza. Informacja, że o tym, co ważne wcale nie trzeba mówić, korzystając ze wzniosłych metafor i trudnych słów. Przeciwnie, można zażartować, zachować dystans, stworzyć nie do końca doskonałych bohaterów. I zgrabnie opowiedzieć dającą do myślenia historię.

Oko w oko z Hanem Solo
„Przebudzenie Mocy” to moje pierwsze spotkanie z Hanem Solo. Udane, choć niestety krótkie. Dobrze wiedzieć, że w zanadrzu czeka na mnie jeszcze starsza trylogia i powrót do przeszłości. Dobrze też wiedzieć, że skoro powstała już część 7, to z pewnością będą jeszcze 2 kolejne.

Zdumiewające jest też to, z jaką łatwością sympatię zdobywają od razu niemal wszyscy bohaterowie. Tak samo ci dawni, jak również ci, którzy pojawiają się po raz pierwszy. I też ci, którzy wydają się tylko bezrefleksyjnymi maszynami. W Gwiezdnych Wojnach nawet niepozorny droid może okazać się prawdziwym przyjacielem. Wpakować w tarapaty i zmienić bieg całej historii.