lwica

Ewa chce spać

Nie dość, że poniedziałek, to w dodatku trzynasty dzień miesiąca. A Ewą wbrew pozorom nie jest smacznie śpiący lew. Tekst to raczej wyraz żalu po zakończonym raz na zawsze długim weekendzie, który skończył się już bezapelacyjnie i ostatecznie. Już się go nie wydłuży, nie wskrzesi i niczego nie wymyśli. Trzeba sobie znaleźć nowy punkt w kalendarzu, do którego będzie się z utęsknieniem wyliczało dni.

Hans Kloss na stażu w policji

Lew z obrazka faktycznie mógłby nazywać się Ewa, ale w rzeczywistości „Ewa chce spać” to tytuł mocno pokręconej komedii z 1957 roku z Barbarą Kwiatkowską i Stanisławem Mikulskim, który kilka lat później został na zawsze mianowany Hansem Klossem. Akurat tu trudno uznać go za sprytnego i zaradnego, jednak w mundurze policjanta jest mu równie do twarzy, jak w tym, który nosił praktycznie dekadę później w „Stawce większej niż życie”.

Absurdalny humor

Najlepszy w filmie jest trudny do ogarnięcia humor i nonsensowne sytuacje. Jeśli najdziwniejsze zbiegi okoliczności mogą się skumulować, to w tym filmie ukazane jest to w absolutnie wyjątkowy sposób, bo jest i przypadkowy granat tykający jak bomba w ogórkach, karawan pogrzebowy, napad na sklep jubilerski, kontrola w policji i anielsko niewinne dziewczę, które staje się przyczyną całego zamieszania. No i oczywiście nikt tak naprawdę nie wie, o co w tym wszystkim chodzi.

Tomasz Chmielewski – ten, który rozpętał II wojnę światową

Ciekawe, “Ewa chce spać” to film czarno-biały, a jednak potrafi ubarwić szarą rzeczywistość. W dodatku reżyserski debiut pana, który jakiś czas później nakręcił serię „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” i, uwaga, „Nie lubię poniedziałku”.

Gdy znalazłam zdjęcie śpiącego lwa, od razu wiedziałam, że wykorzystam je w jakimś poście i będę się rozczulać nad słodyczą weekendowego snu i żałować, że matka natura odmówiła człowiekowi daru zimowej hibernacji. Pomysł z tytułem „Ewa chce spać” pojawił się później i, szczęśliwie, zmusił mnie do obejrzenia filmu. Teraz wszystko jasne. Wszystkiemu winne są poniedziałki, które można spróbować chociaż trochę załagodzić filmami Tadeusza Chmielewskiego. Jeśli nijak nie można polubić pierwszego dnia tygodnia, to zawsze można go ośmieszyć.